piątek, 22 stycznia 2010

Młodszy koinonolog - notka okolicznościowa

Po wieloletnich perypetiach i spowodowaniu niebanalnej mazaniny w zielonej ksiażeczce, udało mi się wreszcie ukończyć koinonologię z tytułem Młodszego Koinonologa na podstwie wywodu o czerwonolicym nienawistniku. Ulga jak po obfitej defekacji!

sobota, 28 listopada 2009

incipit "Kora szwankuje mi dziś wieczór..."

Wiersz pochodzi prawdopodobnie z roku 2003 lub nawet 2002. Trudno mi
to stwierdzić. Nie pamiętam nawet czy zadedykowany był jakiejś
dziewce, ale nawet jeżeli miało to miejsce, to było to z gruntu
fałszywe ponieważ ten utwór jest wolny od tego typu namiętności -
powstał pod wpływem niesamowitej chwili, w której napisałem cały
wiersz od razu, jakby nie swoim charakterem pisma.


***

Kora szwankuje mi dziś wieczór
Kora szwankuje mi mózgowa
Przyznam jestem niezdrów
Przyznam psuje mi się głowa

Nadciąga totalne spustoszenie
Nienasycenie marzeniem na scenie
Z wdziękiem k'nam chyli czoła
Zmyślona kolorowa pszczoła

Myślę rzeczy co nie trzeba
Myślę myśli których nie ma
Jak to nie ma na to leków
Zresztą nie chcę leków wcale

Przywykłem już do tych bredni
Tak naprawdę żartowałem

Uciekam od tego co realne
Łapię motyle śrubokrętem

Ogólnie czuję się fajnie
Słysząc polnych koników tętent

Wcale nie jestem chory
Ja tylko mam fantazję
Tworzę mimo późnej pory
Zapełniam sobie wyobraźnię


***

2002 lub wczesny 2003

środa, 5 sierpnia 2009

Sens życia. Miniatura skatologiczna.

Dziś pierwsza od dawna forma prozatorska. Niestety nie miałem jeszcze czasu odpowiednio ją wycyzelować i mam wrażenie, że jest odrobinę za długa. Ale poprawię w przyszłości. Tymczasem publikuję, aby zupełnie od tego nie odwyknąć!

***

Jako człowiek o nadzwyczaj poukładanym życiu, Zenobiusz Plewa mocno przeżył nagły atak choroby, który w konsekwencji doprowadził go do szpitala. Przez długi czas nie mógł zrozumieć jak to się stało, że on, prowadzący od lat wzorowy tryb życia i skrupulatnie przestrzegający zasad zdrowego żywienia, wylądował najpierw na oddziale intensywnej terapii, a potem na długie dni w sali chorych. Wciąż zadawał sobie pytanie: w czym zawinił?

Leżąc na szpitalnym łóżku, analizował minione tygodnie próbując przy tym dociec przyczyny swojego stanu. Przypominał sobie uporządkowane posiłki, pory wypróżnień i długie spacery na świeżym powietrzu nigdzie nie mogąc dopatrzeć się uchybienia. Wszystko robił dokładnie tak, jak zaplanował! To, co go spotkało, było wybitnie niesprawiedliwe. Jednak nie poczucie krzywdy było najbardziej dolegliwe. Tym, co martwiło Zenobiusza szczególnie, było niesłychane rozregulowanie fizjologiczne, którego doświadczył w szpitalu. Zanim tu trafił, od ponad trzydziestu lat codziennie jadał posiłki i wypróżniał się w tych samych porach. Prawda, że początki nie były łatwe, ale samodyscyplina i umiłowanie porządku sprawiły, że w końcu osiągnął swój cel. Nie tylko bowiem jadał i wydalał o tej samej porze, ale także jadał i wydalał w tych samych ilościach. Każdy dzień taki sam! Od kilkunastu lat żadnego odchylenia od wypracowanej siłą woli normy. O ile utrzymanie jakościowej i ilościowej równoważności spożywanych posiłków wydaje się względnie łatwe, to precyzyjne wytrenowanie układu trawiennego wymaga ogromnego wysiłku. Pewnie, że na początku stolce były raz większe raz mniejsze, a objętość wydalanego moczu wahała się z dnia na dzień dramatycznie. Zenobiusz nie zniechęcał się jednak. - Uporządkowane życie jest warte wszelkich poświęceń! - Tak myślał kiedyś. Obecnie znajdował się w fatalnej kondycji psychicznej. Zastanawiał się czy kiedykolwiek zdoła odzyskać utracony rytm dnia. Obawiał się czy nie jest już za stary na próbę woli.

Lekarz, który go wypisał do domu, był na tyle bezczelny, by zalecić mu dietę. Jemu, Zenobiuszowi Plewie, zalecił dietę! - To niesłychane! - oburzał się Zenobiusz, przypominając sobie wszystkie idealnie skomponowane posiłki. - Nie dość, że rozwalą człowiekowi perystaltykę jelit, to jeszcze mają czelność zalecać jakąś wymyśloną ad hoc, prowizoryczną "dietę". - Sami się nażryjcie swoimi gównianymi "dietami", wy chaotyczne świnie! Zenobiusz wychodził z założenia, że im wcześniej zdoła powrócić do dawnego, idealnego trybu życia, tym prędzej odzyska dawny wigor i chęć do życia.

O ile pory i wielkość posiłków nie stanowiły większego problemu, to długie miesiące prób przyzwyczajenia układu trawiennego do dawnego porządku okazały się daremne. Jednego dnia kilka razy oddawał stolec, potem przez kilka dni nic. - Żadnej reguły. - Zenobiusz popadał w coraz większą melancholię. Wszystko, co do tej pory wypracował, leżało w gruzach. Martwił się, że zdechnie chaotycznie i bez sensu. Z dnia na dzień napawało go to coraz większym smutkiem i przerażeniem. W końcu postanowił popełnić samobójstwo. Ale bynajmniej nie z rozpaczy. - Z chęci przeżycia własnego życia po swojemu!

Decyzja o rozstaniu się ze światem pozwoliła Zenobiuszowi przespać spokojnie pierwszą noc od dawna. Zaplanował, że jeszcze równo przez tydzien wytrwa w swoim rytmie dnia, odrobinę go jednak naginając. Z planu zachowania rytmu dnia dumny był szczególnie. Postanowił, że będzie zbierał i mroził nadmiarowe produkty wypróżnień, by w dniach kryzysu uzupełniać nimi normę. - To pozwoli mi odejść z dumą! - myślał robiąc miejsce w zamrażarce.

Zrealizowawszy swój plan tygodnia, Zenobiusz był z siebie niezwykle dumny. Ostatniego dnia, jaki mu pozostał, zastanawiał się czy lepiej jest wyskoczyć przez okno czy też rzucić się pod pociąg. Nie mogąc podjąć decyzji, wyruszył na spacer. Po drodze zachwycał się kwiatami i delikatnym wiatrem. Gdy wrócił do domu ogarnął go gwałtowny imperatyw wypróżnienia. Po wszystkim uświadomił sobie, że to była jego dawna pora. Ilość również się zgadzała - nie musiał rozmrażać kału i uzupełniać normy przed spuszczeniem wody. Był zdziwiony, ale nadal zamierzał pozostać przy swoim postanowieniu. Zmienił decyzję, gdy nadeszła pora oddania moczu - również i tym razem wszystko się zgadzało. Zenobiusz dał sobie jeszcze jeden dzień, który tylko utwierdził go w radosnym odkryciu regularności własnej fizjologii. Stwierdziwszy, że znów ma po co żyć, definitywnie zaniechał myśli samobójczych. Odtąd, pozostawione niczym relikwie, wstydliwe pakunki w zamrażarce przypominały mu o minionej melancholii.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Ukryte kazanie

Na prośbę pewnej zalęknionej duszyczki ukryłem na jakiś czas "Kazanie dyonizyjskie", aby owej duszyczce nie pociły się z lęku dłonie! Czyń swoją hańbę i daj znać jak już skończysz!

niedziela, 3 maja 2009

Kazanie dyonizyjskie

Plugawy grzeszniku! Oto odezwa do ciebie, abyś swoją godność bezcześcić zaprzestał. Albowiem wiedz, iż niecne twe czyny, które uwadze mej nie uchodzą, wielce mię martwią!

Poskramiaj chucie swoje, abyś jako pies w suczych odchodach łacno się tarzający nie skończył. Nie licz tedy na me względy, kiedy dusza twa zgnilizną cuchnąć będzie!

Nie waż się dziewki tknąć, której przed oblicze moje wstydziłbyś się przyprowadzić. Spoglądając mi w źrenice jako gwałciciel pasztetu, ściągasz na siebie mój gniew i obrzydzenie!

Zanim miecz swój wstrętnymi wybroczynami ze świńskiego sromu pokalasz, pomnij czy niewinne kwiaty ścinać będziesz nim godzien! Spółkując ze świniami, świnią się stajesz.

Kiedy dziewka łącnymi pochlebstwami prącia twego opętać cię zdolna, wiedz, że jesteś jako pajac na jednym sznurku tańcujący! Jęki i spazmy tylko tyle warte, ile się nad nimi napracowałeś!

Porzuć ipsację plugastwem, albowiem każde zanurzenie w gnoju kark twój ku piekłu przygina od niebiańskich wdzięków go oddalając!

Omyj się hyzopem i praktych niegodnych zaprzestań!

poniedziałek, 2 lutego 2009

Frustracje strefy fabrykacji

Niepomiernie drażni mnie, gdy jakiś rozhisteryzowany kloc wykrzykuje tuż nad moim uchem litanie nieprawości, które rzekomo go spotkały. Po pierwsze na ogół los kloca nie obchodzi mnie zupełnie, a po drugie spazmy oburzenia i gniewne postękiwania męczą mnie potwornie i dekoncentrują. Dlaczego kloc nie może sobie postękać na jakimś przaśnym blogajstwie? Wtedy inne kloce przejęte losem kloca mogłyby manifestować solidarność, pisać "dobrze mówi!", "rację ma!", etc., a ja mógłbym szczęśliwie mieć to w głębokim poważaniu.


A tak — modlę się o powieki na uszach bądź  w skrajnych przypadkach jakieś Endlösung, np. w postaci pioruna kulistego wlatującego przez okno i przepalającego plugawą gardziel, aby wreszcie przestał lać się strumień fekaliów. Kloce! Nie obchodzi mnie wasze podłe jestestwo! Jak bym chciał wiedzieć jak to jest być rozhisteryzowanym klocem, to bym się pewnie spytał! Nie mąćcie zatem niepotrzebnym hałasem mojego spokoju i zwyczajnie się odpierdolcie.

Inną sprawą jest bezustanne "trzepanie się", natrętne wyczekiwanie momentu, kiedy trzepakowi wydaje się, że nie jestem zajęty i molestowanie, abym zajął się sprawami trzepaka zamiast swoimi. Trzepaku! Opamiętaj się!  Jak chcesz, abym zajął się twoimi problemami, to najpierw pozwól mi rozwiązać moje. A na razie — odpierdol się!

Albo ciągłe naburmuszenie! — zatruwanie powietrza samym widokiem nadętej mordy przypominającej dupę szykującą się do pierdnięcia! 

Jak widać powyżej, miejsce fabrykacji może dostarczyć wielu powodów do frustracji. 

sobota, 17 stycznia 2009

Dyonizos żyje!

Niniejsza notka powstaje celem dokonania gładkiego przejścia między ostatnim wpisem a następnym — to przecież bez mała pięć księżyców! Będzie więc tak, jak się robi w amerykańskich dziełach filmowych powstałych z poszatkowanych grubych europejskich powieści — co się działo z Dyonizosem?


***

Po kilkudziesięciu miesiącach bez należytego odpoczynku Dyoniz zaznał spokoju w malowniczych wioskach Italii. Podczas wywczasu Dyoniz zaszczycony został mianem ontycznego demiurga!

Praca nad Hauptwerkiem, szarpanina z plugawą koinonologią (w skutkach swych bolesna), użeranie się z różnej maści zakwasami umysłowymi, wynikłą z tego breją emocjonalną oraz zastanawianie się "co dalej?" skutecznie wypełniło Dyonizowi następujące księżyce.

Dyonizos zwieńczył Hauptwerk gromkim i krzepkim pierdnięciem intelektualnym przed gremium uczonych mężów, którzy z wdziękiem pulchnej dziewoi podmywającej się szarym mydłem w misce nieśmiało zaprosili go do swego grona. Aczkolwiek Dyoniz nie jest do końca przekonany co do sensu rysowanej przed nim służalczej perspektywy — będzie musiał przecież parać się zapewnianiem bytu pod nową świadomość!

Demiurg ontyczny winien wypełnić garść jurystyczno-tradycjonalistycznych konwencyj, aby jego kreacji zanadto nie przeszkadzało państwowo-katolickie powietrze — tak też postąpił prawy Dyoniz wierząc, że pod mieszczańskim widowiskiem można przemycić szczere uczucie i szlachetną wolę. Dionis non est solus... nota bene mieszczańskie widowisko udało się wcale nieźle!

Od pewnego czasu Dyoniz para się wiciem nowego gniazda pod swe przyszłe dziedzictwo i zastanawianiem się jak pozyskać na to cały niezbędny kapitał... Cały czas pozostaje jednak hardy duchem i stara się uniknąć typowego sfilistrzenia!

***

Tyle o losach Dyonizosa!

sobota, 23 sierpnia 2008

Oddajcie mi mózgowie!

Przerażający spazm strachu przeszywa wszystkie zakończenia nerwowe za każdym razem, gdy zabieram się do pracy. Przeszywa od gałek ocznych, przez kurczące się lękliwie narządy prokreacyjne aż po marznące stopy. Znów dopadła mię wizja Hauptwerku! Wizja, którą zdawało się, dawno wytrzebiłem z czaszki i odpowiednio zracjonalizowałem.

Dopada mię właśnie dziś, gdy stoję przed koniecznością wykonania ogromu prac i gdy siłą rzeczy każda z nich winna być potraktowana jak pospolita dziwka - zrób swoje i wynoś się! Aż tu nagle jakiś potworny paraliż umysłowy każe mitygować się, mizdrzyć i opóźniać wszystkie czynności. Daimonion Hauptwerku zaatakował - ileż to razy mówiliśmy mu, aby poszedł sobie i nie wracał?

Wirus Hauptwerku zatruwa organizm przerażającym uczuciem, że efekty pracy będą mizerne i ściska strachliwie spoconą mosznę kościstą dłonią perspektywy nieprzychylnej oceny. Ale to jest absurdalne! Przecież ja chcę, żeby efekty pracy były mizerne, bo chcę to wszystko zwyczajnie odfajkować i zrobić na przysłowiowe "odpierdol się"! Chcę zrobić, żeby było, a nie żeby było dobre! Demonie Hauptwerku! Opuść mnie proszę i powróć, gdy będę zabierał się za swoje De omni re scibili!

wtorek, 1 lipca 2008

W tramwaju

- Nie przysuwaj się. Przestań mnie dotykać! Odsuń się trochę, na miłość boską. Odsuń swoje ociekające potem, lepkie ramię. - Wypowiadane w myśli życzenia nie przyniosły żadnego skutku. - Nie naruszaj mojej przestrzeni. Nie przysuwaj się! Nie przysuwaj! Odsuń się ty oklejony smrodliwym potem worze mosznowy! Zabieraj tę ociekającą ciepłym tłuszczem mordę i spierdalaj stąd! A ty, stara kurwo, przestań się pchać! - Zwalista starsza kobieta torowała sobie drogę do kasownika. - Nie ocieraj się o mnie! Odsuń to obrzydliwe, śmierdzące cielsko i przestań mnie atakować tym kiszonym smalcem spod swetra i tą wstrętną zalewajką z twojego krowiego łba! Umyj się ty stara kurwo! Wszyscy się umyjcie! Brudasy.

- Po co się tu pchacie?! Poczekajcie na następny. Kretyni. Wszyscy śmierdzicie. Bydło. - Ludzie na przystanku zaczęli się tłoczyć przy wejściu. - Nie napieraj na mnie zezowata dziwko! O nie! Znowu jakieś spocone prostactwo w koszulkach na ramiączka. Wynosić się stąd! Powinny być wagony tylko dla umytych i kulturalnie ubranych. Wypierdalać! Nie mam ochoty wdychać smrodu spod waszych pach ani obserwować jak wasze gówniane ciała parują. Nie wylizujcie tu sobie ryjów, świnie! Przestańcie się pchać! Odsuńcie się! Przestańcie się do mnie lepić!  Na miłość boską, odpierdolcie się!

Tramwaj zbliżał się do celu podróży. "Przepraszam" zabrzmiało dość nienaturalnie biorąc pod uwagę odruchy wymiotne i wzrok, z jakim patrzyłem na tych ludzi.  - Przepraszam! - napęczniała tłuszcza ani drgnie; trzeba więc uciec się do rozwiązań ostatecznych, albo jedziemy na krańcówkę. Energicznym ruchem znalazłem się przy drzwiach i zepchnąłem jakąś pokraczną kwokę wspinającą się po schodkach. - Ciesz się kurwo, że nie kopnąłem cię w pysk!

Udało się!

środa, 11 czerwca 2008

O uczuciach chrześcijańskich

Dostrzeżenie we mnie piewcy myśli chrześcijańskiej wymaga raczej większego wysiłku. Jednak czasem się zdarza, że wbrew zaleceniom, których sam udzielam innym, coś mię napadnie i popełniam jakiś lepki od krwi Chrystusa i poczucia winy czyn chrześcijański. Nie miejsce i pora na jakieś zawiesiste solilokwia na temat chrystogenezy moich postępków - mam dziś raczej na celu uzasadnić przewrotne porzekadełko filisterskie "Za każdy dobry uczynek czeka Cię zasłużona kara".

Gdy widzę, że ktoś ewidentnie nie pojmuje konsekwencyj swoich działań i ściąga tym na siebie kłopoty, staram się interweniować, uświadamiać, tłumaczyć, pomagać itd. Niby cudze kłopoty to nie moja sprawa, ale jakiś obrzydliwy atawizm intelektualny w postaci sumienia nie pozwala mi przejść nad całą sytuacją do porządku. I brnę w tej litości cnotliwej do granic mej cierpliwości, a gdy tej z kolei braknie, nieraz po prostu robię coś za kogoś, żeby było zrobione dobrze i żeby nie było kłopotów. I jest to wstrętne i godne potępienia w imię wszystkich mych Idej! Dlaczego?

Bo zamiast babrać się w aktach chrystianicznych winienem zająć się pośmierdywującą przyczyną problemów, owym ktosiem, sprać go po pysku i wytrzeć nim buty! Niech ma nauczkę, przestanie być krnąbrny i na drugi raz uważa.

czwartek, 22 maja 2008

Mistrz i Czeladnicy, poemat prozą

Dziś znów wyprawa w odmęty transgresji - co wrażliwsi czytelnicy proszeni są o chwilę refleksji, czy na pewno chcą to czytać. Jeśli tak, niechaj naszykują wiadro.

***

W piwnicy tajemnej, gdzie grono za Herezjarchą podążających się zbiera, gwarno jak w ulu. Dobiegają z niej kolorowe mlasknięcia nadpsutej parówki w foliowym flaczku uderzającej rytmicznie o lustro trzymanego za długo w nasłonecznionej kuchni budyniu. Porykiwania jakiegoś tłustego wieprzka szarpanego za worek mosznowy świadczą o wysiłkach Woli - oto Czeladnicy na wyższy stopień łaski wstąpić pragnący pilnują, aby słowo Herezjarchy czynem się stawało! Tymczasem do piwnicy sam Herezjarcha zstępuje...


Na prawo od schodów znajduje się rząd garnców łoju, którego zadaniem jest nie tyle ułatwianie wykładu mądrości Herezjarchy per rectum, co natłuszczanie członków w trakcie ćwiczeń herezjarszej jogi. Herezjarcha kroczy dumnie wzdłuż tego rzędu, zmierzając do ostatniego, największego garnca gdy zdyscyplinowani czeladnicy kolejno zajmują swe miejsca przy wcześniejszych. Herezjarcha ekstatycznie zatapia się w kupie nigdy nie odkształcającego się na trwałę ciepłego smalcu, a z garnca słychać potworny chichot!


"Spontaniczną jest transgresja moi mili Wesołkowie!" wykrzykuje radośnie Herezjarcha, gdy w oczach jego garniec smalcu tężeje w konsystencję białej kiełbasy i zamienia się w przepastny zad jego ulubionego czeladnika, a bednarka obręczy okazuje się po chwili kutym kajdanem. Pozostali rychło przyłączają się do aktywnej zadumy nad zadem i po chwili następuje eksplozja substancji życia i ekskrementów!


Zaprawdę spontaniczną jest transgresja!

niedziela, 20 kwietnia 2008

Oda do socjonomicznych zwoi

Cuchnące socjonomiczne zwoje!
Jesteście dla mnie treścią kałową
Tegoż postindustrialnego świata.
Gdy tylko Was widzę, widzę znoje
Bezproduktywnej jałowej pracy.
Kim był Wasz autor? Wasz biedny tata...

O ten, który was w wysiłkach płodził,
Który prócz Was nie miał swego miejsca!
Ten, którego prącie zwiędło w boju
Gdy kolegom socjonomom kadził
Powołując Was do życia - czymże
Nas wszystkich obdarzył! Kałem, gównem?

Niczym innym (lepszym), bez wątpienia!
Gdy tylko bowiem czytać mi przyjdzie
te paskudne, śmierdzące stronice
Czuję rynsztok, intelekutalne
szambo i wiadra nieczystości wy-
lewane z chlupotem na ulice!

        Przepełniony idiosynkratyczną odrazą Διώνυσος.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Inicjacja prozelitów w miejsce fabrykacji, c.d.

Aby nie ugrząźć z ważką materią w odmętach komentarzy, pozwalam sobie odpowiedzieć Panu Michel w ramach nowej noty.

***
Dla przypomnienia, Pan Michel raczył zauważyć, że:

"Z wyeksplikowaną inicjacją jest eo ipso skorelowana perturbacja, id est: akefalna konsternacja oraz ekstyrpacja rudymentarnych eidetycznych specyfikacji fabrykujących prozelitów. Ta prolegomena intensyfikuje zinterioryzowaną konfuzję predykatywną dezorientacją predestynując predylekcję ku prelongacji intendowanej kreacji dalszej filistracji."

Ekstyrpacja redundantnych specyfikacji neofity, takich jak dla egzemplifikacji indolencja i ogólna inercyjność intelektualna, ma zdecydowanie fizjonomię procesualną, nieziszczalną w ramach prolegomenalnej introdukcji i jest na ogół planowana na okres indoktrynacji i depersonifikacji.

Zgadzam się jednak z Panem, iż afekalna konsternacja jest właściwa dla całego okresu propedeutyki fabrykacji, co jest związane jak mniemam z ekscytacją i tremą nuworysza, co jednak jest korzystne dla celów filistracji biorąc pod uwagę zachodzący w organizmie prozelity bilans ekskrementalny.

poniedziałek, 31 marca 2008

Inicjacja prozelitów w miejsce fabrykacji

Czyli wskazówki nieodzowne dla wprowadzenia nowych pracowników w życie zakładu:

***
Po wstępnej introdukcji prozelitów, zakładając że żadna subliminalna impertynencja nie zniweczyła prolegomenalnej ingracjacji, należy przystąpić do ociceronowania miejsca ichniej praktyki, a własnej synekury.

W pierwszej kolejności, trzeba bez zbędnego celebrowania wyeksponować usytuowanie strefy defekacji, gdyż możliwym jest, iż obligatoryjna dla dalszych prezentacji jest jej utylizacja. Po skonstatowaniu, że strefa defekacji jest kwestią ogólnej erudycji i przedstawieniu neofitom utensyliów dezynfekcji, można przejść do aneksu kuchennego, w którym dokonujemy konsolidacji, rzecz jasna po ablucji jeśli uprzednio nastąpiła defekacja. Warto dodać, że w tej samej lokalizacji następuje transgresja - rozumie się samo przez się, że dopiero po ekstrapolacji w ramach alienacji poprzedzonej introdukcją.

Należy poinstruować, że przy incydencji deficytu artykułów kardynalnych, następuje ekskursja celem ich syntetycznej proliferacji. Rewindykacja taksy za rzeczoną proliferację, o ile tylko podlega ona refundacji, następuje po okazaniu naszemu pryncypałowi corpus delicti transakcji celem jej konfirmacji.

Prozelitów trzeba bezwzględnie przestrzec, że
instytucjonalizacja tradycji kontrybucji do wspólnej konsumpcji z myślą o późniejszej rewindykacji, może prowadzić do temporalnej pauperyzacji z powodu częstej absencji gestora.

sobota, 15 marca 2008

Koktail u Herezjarchy

Poniżej dość śmiała forma prozatorska, tworzona na poły w transie. Dlatego czytelnicy o wrażliwych żołądkach proszeni są o naszykowanie wiadra.

***

Alojzy z pewną nieśmiałością musnął przycisk dzwonka do lewych drzwi na trzecim piętrze. Od samego rana był podniecony myślą o tej chwili - za moment zobaczy Herezjarchę, być może będzie miał sposobność uścisnąć jego dłoń. Za chwilę on, student Alojzy, redaktor pisma studenckiego, członek Studenckiego Koła Naukowego Koinonomistów - myślał Alojzy chełpliwie przypominając wszystkie pełnione przez siebie funkcje - dozna zaszczytu audiencji u Herezjarchy i być może nawiąże z nim familiarny stosunek! Tutaj! W prywatnej rezydencji Herezjarchy!

- Witam pana, zapraszam do środka - Alojzy ocknął się z kataleptycznego otępienia znajdując swoją miękką, spoconą dłoń w krzepkim uścisku Herezjarchy. Szczupły mężczyzna o bardzo wysokim czole i pociągłej twarzy uważnie zmierzył Alojzego wzrokiem, choć znał go z ciągnących się ponad miarę rozmów po wykładach, którymi raczyły go stadka rozhisteryzowanych płciowo dziewoj i lepkich, mimozowatych młodziaków. - Proszę, proszę usiąść przy stole w pokoju. Ja za moment przyjdę - rzekł do Alojzego miękkim, głębokim głosem Herezjarcha, nieco zażenowany brakiem spodni, których nie zdążył przyodziać przed otwarciem drzwi.

Alojzy skwapliwie notował nie tylko wspomnienia i refleksje , ale także wszystkie przyjacielskie żarty Herezjarchy, ciesząc się w duchu, że wspólnie się śmieją. On i Mistrz. Herezjarcha mówił w sposób miły, traktując Alojzego jak przyjaciela. Gdy dystans mistrza i ucznia skrócił się na tyle, że Herezjarcha poklepał po którejś zabawnej uwadze Alojzego po plecach, ten z wrażenia ejakulował w nogawkę.

Herezjarcha kontynuował, mówił z coraz większym zaangażowaniem. W końcu również ejakulował, z tym, że zupełnie otwarcie w kierunku gościa. Ten zachłysnął się ejakulatem i łapczywie spił go w fibionitycznym akcie. Widząca to małżonka natychmiast oblała męża i gościa fontanną krwi mentstruacyjnej i cisnęła w ich kierunku poronionym płodem, który obaj chciwie pożarli zaśmiewając się na myśl o kaprofilnej kulminacji. Spod stołu wypełzła gromadka karłów pocierających rytmicznie genitalia dwugłowego psa. Zwisająca z żyrandola papuga uroczystym tonem zaskrzeczała "Jedzcie to i pijcie na moją pamiątkę", a przez niezamknięte drzwi wejściowe wtargnął dynamicznie sąsiad z naprzeciwka rzucając w górę cztery reklamówki z rzygowinami i mielonym mięsem wykrzykując "przyniosłem garmaż mielony z biedronki!". Herezjarcha radośnie oznajmił "Koktail dla wszystkich!", na co małżonka wypięła się stosownym otworem do góry i rozbryzgała na cały pokój zawartość jelit. Włączył się telewizor, rozbłyskując na czerwono napisem "TRANSGRESJA" i natychmiast wybuchł. Alojzy ponownie spuścił się w nogawkę, a Herezjarcha obrócił wszystko w żart za pomocą gromkiego pierdnięcia. Tego wywiadu Alojzy nie zapomni nigdy!

niedziela, 9 marca 2008

Homo homini pinguis est (człowiek człowiekowi tłuszczem)

Niżej sklecona na prędce, choć nie bez pewnego zaangażowania wariacja tłuszczowa zainspirowana miksturą Micińskiego i Lovecrafta oraz reklamą Delmy:

***

Homo homini pinguis est - taka właśnie pseudosentencja łacińska przyszła mi do głowy, gdy rozmyślałem na temat targających mną toposów smalcokartofla, tłuszczopierdziocha czy ostatnio Tłuszczochłona. Nie miałem ostatnimi czasy okazji wyartykułować tu miotającej mną żółci i zapewne dlatego twory tłuszczogenetyczne zajęły tak silną pozycję w mym systemie pojęciowym.

Ale do rzeczy, czyli do tłuszczogenezy. Chciałoby się wręcz zacząć od pretensjonalnej trawestacji: "Na początku był tłuszcz!", jednak byłoby to jedynie spowitym tłustym, ociekającym cuchnącym smalcem wygodnictwem rodem spod budy z frytkami. Niechaj więc oleiste mazie spowijające ludzkość zjeżdżają na swoje miejsce, przynajmniej na ten moment.

Przechadzałem się kiedyś po obrzydliwym, monumentalnym wnętrzu hipermarketu, gdy nieopodal półek z masłem i żółtymi serami ujrzałem abominacyjnego stwora płci żeńskiej, który nasunął mi swą lepką i oślizłą obecnością ideę Tłuszczochłona. Tłuszczochłon jawi mi się jako odwieczne bóstwo, skrywające się przed nic nie podejrzewającymi masami istot dumnie mieniących się ludźmi i cierpliwie oczekujące nadejścia odpowiedniej pory, aby oblać ich bezwzględnie i ostatecznie swoją istotą.

Zawieszona przed moimi oczyma paskudna tłusta morda wylewająca się z obrzydliwego bezkształtnego wora teraźniejszego smalcu i przyszłych odchodów musiała stanowić jakąś instancjację, inkarnację tego bóstwa. Tłuszczochłon wybrał jej plugawe kształty na swoje wcielenie, a pałętająca się przy niej blada, wychudzona mizerota była zapewne jakimś tłuszczo-niewolnikiem, bezwolną przyssawką do pizdy oraz półki z masłem i serami wyciągającą z niej cały niewinny tłuszcz i poprzez kooperację na zasadzie tłuszczoosmozy z Tłuszczochłonem przemieniająca je w Tłuszcz Zła.

Tłuszcz Zła sprawia, że ludzie się nienawidzą. Tłuszcz zła jest odpowiedzialny za to, że człowiek człowiekowi tłuszczem - homo homini pinguis est...

sobota, 12 stycznia 2008

Prawdziwa teoria małorobienia

Zacznę od truizmu - lepiej zrobić mało a dobrze niż wiele a nędznie, bo i tak będzie trzeba to poprawić. Mózgowie statystycznego tłuszczopierdziocha, jeśli zinternalizuje tę banalną refleksję, będzie ją interpretować w ten sposób: "zrobię mało, bo niedobrze robić dużo, i będę mieć więcej czasu na wypasanie się i puszczanie bąków". Choć sens myśli jest w ten sposób wypaczony, globalny bilans żółci jest korzystny, gdyż mniej osób będzie złorzeczyć na partactwa leniwego skurwysyna. Taką poślednią teorię małorobienia zostawmy jednak umysłom poślednim.

Jak jednak zastosować prawdziwą teorię małorobienia, gdy zewsząd ktoś czegoś chce, a niczego odrzucić się nie da? Przecież nie będziemy cieszyć się, jak tłuszczopierdzioch-idiota, z łowienia rybek na wędkę, gdy ławice przepływają przed oczyma. Zwłaszcza, że nie robimy tego dla sportu: sport jest dla ludzi, którzy lubią być spoceni. Wniosek może być tylko jeden - należy zbudować sieć, zarzucić a potem bez zbędnych deliberacji wyciągnąć dając uciec tylko pojedynczym sztukom, które może sobie łapać np. nasz tłuszczopierdzioch na wędkę.

Robimy w ten sposób mało, gdyż robotę przejmuje sieć. Ryby z wędki tłuszczopierdziocha mogą być nawet poharatane przez plugawy haczyk, tymczasem nasze z sieci co najwyżej ściśnięte, więc robimy dobrze. Świeże ryby zamiast ryby w galarecie wypełniającej majtki! Czas na pointę.

A tej nie będzie.

sobota, 22 grudnia 2007

Obwąchany przez stado

Zdaje się, że obiecałem byłem opublikować okolicznościową informację na wypadek gdyby rozstrzygnęły się moje perypetie koinonologiczne. Tak też czynię. Społeczkoznawcza wataha obwąchała psimi nosy kłaniającego się Wam dezynwolturalnego liska raz po raz obszczywającego jej dorobek i, choć z pewnym niesmakiem z powodu warunku, nadal uważa go za jednego ze swoich. Pomimo prezentowanej wcześniej postawy nie powiem, że nie przyniosło mi to pewnej ulgi. W końcu w innym wypadku podupadł byłby nieco mój elytarny status.

piątek, 2 listopada 2007

"Tajemnica doktora Zwiędlaka" do posłuchania

Choć lektor popełnia kilka błędów, zdecydowałem się opublikować jego interpretację Tajemnicy doktora Zwiędlaka. Ciekaw jestem, czy przypadnie komuś do gustu taka forma samo-cytowania się. Jeśli nie, żywić mogę przynajmniej nadzieję, że skorzystają na tem jacyś nieczytaci matołkowie.



pokaż tekst

wtorek, 23 października 2007

Wstręt do płaszczenia się

Płaszczenie się jest czymś godnym potępienia. Czym bowiem jest? Jest zespołem czynności podmiotu mających na celu wzbudzenie uczucia litości u przedmiotu i w oparciu o to uczucie nakłonienie przedmiotu do podjęcia działań korzystnych dla podmiotu. Litość jest słabością, niekonsekwencją, rozmemłaniem - tym bardziej podłe musi być działanie obliczone na jej wywołanie. Czasami jednak nie ma innego wyjścia.
Szczerze nienawidzę się płaszczyć i wiele bym dał, aby nie musieć tego robić. Najbardziej mierzi mię konieczność układania rzewnych kilkuzdaniowych mini-tragedyj ze sobą w roli głównej i potem wydalania ich z siebie z przyjemnością równie wielką jak przy pozbywaniu się konsekwencyj lewatywy przy każdej instancji podmiotu decyzyjnego. Zażenowanie, wstyd, wstręt do siebie - te uczucia są moimi wiernymi płaczkami jeszcze długo po spłaszczeniu się przed kimś.
Jaki z tego morał? Jako judejczycy skreślili ponoć gdzieś w Talmudzie: żaden Żyd nie umarł ze skromności. Winna jest pycha. Duma, którą obiecywałem co dzień prać po pysku aż do krwi! Cała ta poza nie jest zatem warta funta gnojowicy - noblesse, którą chciałem widzieć, jest jeno pyszałkowatością! Kiedy od tego zależysz, strzel sobie w pysk i płaszcz się. Póki jeszcze możesz.

poniedziałek, 1 października 2007

Kleszy panopticon

Wczorajszym popołudniem, podczas przejażdżki tramwajem, zaintrygowało mnie pewne zjawisko natury symbolicznej. Dziewka siedząca naprzeciwko mnie z automatyzmem zbieracza bawełny wykonała "znak krzyża", gdy tylko poprzez brudne szyby tramwaju dał się zauważyć budynek mijanego właśnie kościoła. Dawno czegoś podobnego nie widziałem!
Nolens volens przypomniał mi się Panopticon. I może coś w tym jest. Gdzie widzę analogię? Tyle jest kościołów, że w zasadzie przy dobrej pogodzie zawsze przez okno widać kościół - ergo dziewka winna machać rączętami w tempie proletariusza zajadającego zupę. To jest właśnie kleszy panopticon! Każda wieża kościelna jest wycelowana w pole widzenia dziewki, aby ta wywijała dłońmi i tym samym pozbyła się własnych myśli. Grzesznych myśli.

sobota, 29 września 2007

Trawestacja z grafomana brazylijskiego

I to mię właśnie mierzi...

***
Śmierdnięcie i Pierdnięcie czekały na skraju lasu obserwując ciężko pracujących drwali. Śmierdnięcie stało, a Pierdnięcie siedziało. Żadne się nie odzywało. Obydwa kwiaty podlejszej części duszy ludzkiej pragnęły wskazać uciemiężonym rębaniem drogę mądrości serca.
Pierdnięcie wzięło w swe obłoczyste objęcia pierwszego z drwali, a pozostali poczęli dyskutować, gdy Śmierdnięcie wkroczyło między nich. Wywiązała się pomiędzy nimi kłotnia i wszyscy się pozabijali siekierami, a ostatniemu żółty koliber wydziobał oko skuszony zapachem jego pach.
Słowa ranią. Las milczy - jeden pierdnie, drugi się nie umyje - żaden nie pożyje długo.

Tłumaczenie z bełkotliwego narzecza niedomytych skunksów: Dyonizos

piątek, 21 września 2007

Blog Απολλονa

Niestety nie miałem jeszcze czasu, aby zabrać się za Kioskareczkę i Monsieur. To ze względu na wyjątkowo intensywne prucie mózgowia przez nabrzmiałą od doprowadzenia do ostatecznych konsekwencji prokrastynacji koinonologię (w systemie pojęciowym charakterystycznym dla niższego stopnia kształcenia nazywało się to byciem zagrożonym i to z 90% przedmiotów). Szczęśliwie taka sytuacja nie jest dla mnie jakimś potwornym kryzysem - w końcu dezynwolturalne traktowanie dodatkowego kierunku jako koinonologicznej kuli u nogi w pewnych okolicznościach jest usprawiedliwione.
To, o czym chciałem dziś napisać, to wielce radujący mię blog Apollona - kolejne miejsce w pancywilizacyjnym medium komunikacyjnym zapowiadające się na Młot Filisterstwa. Nie bez znaczenia jest tutaj oczywiście nazwa wskazująca na duchowe dopełnienie Διωνισοςα - jestem pewien, że tak właśnie będzie.
Apollon szczęśliwie wyzwolił się tym blogiem od zapoconych palców miałkiego tłuszczo-pierdziucha śledzącego jego każdy ruch w odmętach dawnej rzeczywistości. Skurwysyństwu i "demaskowaniu" ludzi ducha w oślizłych celach mówimy stanowcze NIE! Panu Apollinowi mówimi stanowcze TAK.

poniedziałek, 10 września 2007

Wieści z Krainy Wiecznego Postponowania

Dziś, w drodze do pracy, gdy moje gałki oczne miały wybór pomiędzy łysiną obleśnego typka z owłosionym koniuszkiem nosa a jakimś wyfiokowanym starym pudłem, doznałem swoistego oświecenia. Oświecenie oczywiście nie miało nic wspólnego ani z fryzjerskim analogonem syna Minosa ani też z paskudnym zwiędłym kalafiorem będącym w swojej świadomości jakąś "kurwa stokrotką". Tępe oblicza licealnych chłystków nabrzmiałe od niepokoju płciowego także nie miały z tym wiele do czynienia. Cóż zatem śmiem nazywać oświeceniem i czego ono miało by dotyczyć?
Już odpowiadam. Wyklarowała mi się wreszcie fabuła małej formy prozatorskiej Kioskareczka i Monsieur, którą rozpocząłem byłem wiele miesięcy temu - wyklarowała tak, że niebawem ją ukończę. To natomiast olśniło mię w tym sensie, iż dostrzegłem motyw przewodni występujący w niemal wszystkich mych (przepraszam za słowo) opowiadankach. Nie umiem go jeszcze krzepko i węzłowato nazwać, ale cieszy mię odkrycie, iż eksploatuję jakiś motyw - teraz wiem, że mój ум chce mi coś powiedzieć, do czegoś dąży i nie jest to jedynie kwestia wypluwania z siebie jakichś "literackich" rzygowin!

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Zapomniany język

Ambicją antropologiczną sir Humphrey'a Pflingersa było od zawsze dotarcie do jakiegoś nieznanego ludu posługującego się niepodlegającym żadnym klasyfikacjom lingwistycznym językiem, stworzenie dla tego języka systemu pisma a następnie przełożenie na ten język książki kucharskiej zawierającej przepisy na dania z jaj, bekonu i fasoli.
Sir Pflingers po raz kolejny sobie uświadomił własną pasję życiową zapuściwszy się w głąb amazońskiej dżungli. Opuścił go był nawet indiański przewodnik - gdy Humphrey Pflingers zamierzał iść dalej, ten usiłował go powstrzymać ze strachem w oczach przybierając obłąkane pozy ciała. Pflingers nauczył się był od ojca - oficera Królewskiej Marynarki - jednego: tego, że tchórzostwo zasługuje na potępienie. Tak też indiański przewodnik skończył marnie.
Pflingers szedł samotnie wiele dni, pożywiając się tylko tym, co znalazł w dżungli. W okół nie było żywej duszy, jednak miał silne poczucie, że nie może się poddać. I tak, pierwsza część jego marzenia spełniła się.
Gdy odpoczywał w gąszczu zieleni, usłyszał kilka następujących zaraz po sobie charakterystycznych dźwięków. "Coś jakby pierdnięcie" - pomyślał sir Pflingers. Nie mylił się - zza krzaków wokół bagna wyskoczyła grupka niskich, brązowoskórych indian, którzy komunikowali się za pomocą dźwięków, które ze względu na ograniczenia naszego systemu zapisu nie mogą być tu przytoczone. Indianie otoczyli Pflingersa i cały czas wypięci do niego zadkami, raz po raz popierdując, odtańczyli kilka kółek. Intuicja naukowa sir Humphrey'a Pflingersa nigdy go nie zawodziła - był to rytuał powitania, który wiele lat później opisał w książce o anurańczykach, która przyniosła mu międzynarodową sławę i uznanie.

sobota, 25 sierpnia 2007

Transgresywny sen

Dziś miałem nadzwyczaj transgresywny sen. Oczywiście nie udało mi się zapamiętać całości, a jedynie najbardziej szokujące elementy. Prawdopodobnie nie uda mi się przedstawić ich tak, aby odpowiadały swojemu miejscu w porządku onirycznej logiki, ale mimo to spróbuję się nimi podzielić.
Śnił mi się kasjer z pobliskiego hipermarketu z trądzikiem bez trądziku oraz Ryszard Legutko. Nie przypominam sobie czy Ryszard Legutko robił coś szczególnego, czy mówił coś, drapał się, cokolwiek bądź, ale wiem (lub raczej mam silne przekonanie), że stanowił we śnie ważny element. Do pomieszczenia, w którym znajdowałem się z wyżej wymienionymi usiłował się dostać przez szklane drzwi nieduży, sympatyczny kotek. Usiłował na tyle skutecznie, że w prawym dolnym rogu drzwi wybił dziurę, przez którą się potem przecisnął.
Przecisnął się jednak na tyle pechowo, że się cały pokaleczył i wszędzie było mnóstwo krwi i kawałków szkła . Podniosłem kotka, wyjąłem mu kawałek szkła z okrwawionego oka (zbliżenie jak z Psa Andaluzyjskiego) i zastanawiałem się co począć.
W tym momencie podszedł odziany w bokserki w błękitno-białą kratkę kasjer z hipermarketu z trądzikiem bez trądziku i zwrócił mi uwagę, żebym nie trzymał kotka pod brzuszkiem, tylko pod pupą.
Obudziłem się pod wpływem telefonu chcącego czegoś znów ode mnie maniaka. Dziękuję.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Prokrastynacyo, pozwól żyć!

Uważny czytelnik spostrzeże, iż ostatnimi czasy często używam terminu prokrastynacja. Być może nawet nadużywam. Jednak rzeczy należy nazywać po imieniu, a prokrastynacja właśnie jest imieniem potwornej ryby w galarecie czającej się za plecami i oblepiającej paraliżującym jadem przy każdej sposobności. Zmieniającej każde przedsięwzięcie w męczarnie twórczej impotencji, uniemożliwiającej podjęcie jakiejkolwiek decyzji i zmieniającej każde zadanie w rybinne, jałowe deliberacje "czy może tak a tak nie byłoby lepiej".
To, że dobre jest wrogiem lepszego to jedno. Ale perfekcjonistyczny impas, prokrastynacyjna niemoc zabrania się do dzieła w doprowadzonej do granic absurdu obawie przed przedwczesną ejakulacją i nie tyle nawet ośmieszeniem się, co nie-rzuceniem-świata-na-kolana to drugie!
Należy wreszcie raz zdobyć się na odwagę, strzelić tej skurwiałej rybie w pysk aż odleci galareta, i zabrać się do dzieła tak, jak się umie, najprostszymi środkami, bez przystawania na każdym kroku i ewaluowania najdrobniejszych kroczków, by wreszcie doprowadzić coś do końca zamiast zaczynać setny raz od początku!

niedziela, 19 sierpnia 2007

Fraszka ipsacyjna

Monsieur Michel przytoczył mi ostatnio pewną fraszkę. Bardzo mi się spodobała i tym większe było moje ukontentowanie, gdy dowiedziałem się, iż to ja jestem jej autorem. Tytuł nadany na poczekaniu, być może ulegnie zmianie.

Corpus delicti

Ipsofon zarejestrował odgłosy ipsacji.
Eo ipso - nie było kopulacji.

czwartek, 16 sierpnia 2007

Śniadanie, mycie się. Śniadanie. Mycie się!

Niedawno odkryłem, jak ważne dla stanu psychofizycznego jest pełnowartościowe, obfite śniadanie. Do tej pory das Frühstück było na ogół ukonstytuowane z filiżanki kawy i szklanki zimnej wody. Perspektywa przyrządzania sobie śniadania zawsze napawała mnie wstrętem do wyobrażenia hiperrobociarskiego radzieckiego dziecka wpieprzającego co dzień rano na potęgę dwa bochny chleba z czerwonym salcesonem i zapijającego to wszystko wiadrem gorącego mleka z kożuchem oraz wywoływała poczucie analogii do publicznej ipsacji. Jednak najedzony rano, czuję się lepiej przez cały dzień - żółć mię nie trawi, gdyż zajęta jest czym innym. Przekonałem się!

Odkryciem podobnej wagi, co śniadanie, jest szorowanie pleców szczotką. To nigdy nie budziło we mnie wstrętu, a co najwyżej wesołość czy nawet wesołkowatość. Jednak odkąd przeczytałem o pewnym starcu zachowującym wigor dzięki temu, iż codzień rano murzyński pachołek szoruje mu szczotką ryżową plecy do czerwoności, zapragnąłem spróbować. Co prawda nie udało mi się zorganizować murzyńskiego pachołka, ale za to zdobyłem szczotkę. Nie umiem wyjaśnić jak, ale szorowanie pleców działa! Chyba po prostu usuwa poczucie lepkości i zapyzienia.

Śniadanie, mycie się. Śniadanie. Mycie się!

środa, 8 sierpnia 2007

Elukubracja o Prokrastynacji Narracji

Dalsze części "powiastki śniadaniowej", jeżeli w ogóle powstaną, to powstaną w dalekiej, mglistej przyszłości. Abstrahując od dość napiętego harmonogramu ("Kogo nazywasz harmonogramem, chuju?" - patrz http://bash.org.pl/232596/) ostatniego półrocza i wynikającego zeń prozaicznego wykrętu wszystkich hiperrobociarzy pod tytułem "brak czasu", dosięgła mię klątwa zaciekle polująca na wszystkie me przewidywane na więcej aniżeli kilka stronic ambicyje literackie - prokrastynacja narracji. To tytułem wyjaśnienia tutułu.
Nie idzie o to, że nie wiem co napisać dalej. Problem stanowi raczej idiosynkrazja wobec przemiany ciekawie zapowiadającej się, zadowalającej technicznie krótkiej formy w jeżącą się od warsztatowej słabizny, rzyguśną i po licealnemu literacką "pierwszą powieść", "pierwszą książkę", czy jeszcze inne żałosne, skurwiałe paskudztwo niegodne splunięcia.
Teorię prokrastynacji narracji w swych pierwocinach zwałem cyzelowaniem, gdyż wcześniej nie dostrzegałem, warstwy ukrytej (słownictwo koinonologiczne) tego zjawiska, skupiając się wyłącznie na pozorach.

poniedziałek, 9 kwietnia 2007

Z genealogii oralności, cz II

Nie zacytuję dokładnie myśli Dyoniza, od której chciałbym rozpocząć dzisiejszą refleksję, gdyż nie mam w tej chwili przy sobie egzemplarza Wędrowca i jego cienia - mam nadzieję, że nie wynędznieje ona zanadto w mym ułomnym przypomnieniu:

Dowcip jest zawsze epigramatem na cześć śmierci jakiegoś uczucia.

Sądzę, że nie chodzi tu o jakąś prymitywną rozśmieszywajkę z gatunku "Polak, Rusek i Niemiec...", albo taką czy inną knajacką historyjkę o żonie łajdaczącej się tuż pod czujnym okiem męża impotenta, ale raczej o ukuty na potrzeby chwili, celny antafagmacik. Bowiem cóż nas bawi w antafagmatach? Paradoks, ironia, sarkazm... - w zasadzie wszystko jedno. Ważniejsze aby całość była lekka, zgrabna i celna, a nie rozlazła, napuszona i ciężka - ekspresja ironii u co poniektórych bardziej niż do epigramatu, podobna jest do pierdnięcia na pogrzebie.

czwartek, 29 marca 2007

Ku oburzeniu pąsowiejących dziewoj!


A macie!

Niechaj dziarsko wyprężone prącie będzie świętym drogowskazem dla wszystkich tych, któremi lepko owładnęła ryba w galarecie!

poniedziałek, 12 marca 2007

Powiastka śniadaniowa, cz. III

Po długim przestoju, trzecia część powiastki śniadaniowej. Rzecz jasna tylko ratująca wygłodniałego tasiemca życiodajną miską kiślu.

***

- W czym zatem mógłbym szanownej pani być pomocnym? - Nowak zapytał ze szczerą skromnością, wtapiając nieśmiałe spojrzenie w wiszącą na ścianie japońską kaligrafię. - Profesor Jeprz, bo domniemywam, iż o niego Pani - tu Nowak poczynił krótką pauzę i, ku własnemu zdziwieniu, pozwolił sobie na konfidencjonalny, obleśny uśmieszek - chodzi, jest w tej chwili na konferencji Logików w Heidelbergu i nie uda się dziś Pani pozyskać jego... hmm - Nowak długo szukał w myślach zestawu słów, które nie wywołają u niego odruchowego wzdrygnięcia, co jednak mu się nie udało i wraz z ich wypowiadaniem dał się zauważyć grymas wstrętu - materiału genetycznego. Profesor Jeprz był Nowakowi bardzo dobrze znany - ich pokoje znajdowały się drzwi w drzwi. Jednak była to znajomość niemal wyłącznie z widzenia, lub raczej ze słyszenia, jeśli brać pod uwagę bestialskie ryki i inne barbarzyńskie dźwięki dobiegające z pokoju sąsiada, zwłaszcza gdy na dyżur przychodziły większą grupą studentki. Przez wrodzoną delikatność, Nowak przypisywał je raczej jakimś nadzwyczajnym talentom Jeprza w naśladowaniu walk świń koreańskich aniżeli wierzył w insynuowane Jeprzowi przez innych pracowników Instytutu grupowe orgie i potworne perwersje seksualne. Niski, krępy, krzepki profesor Jeprz co dzień tryskał energią i chodził z taką mocą i wolą życia, jakby od wewnątrz rozsadzał go dynamit. W świecie naukowym jego ścisły, logiczny i precyzyjny umysł Uberinżyniera nie miał sobie równych.
c.d.n.

niedziela, 25 lutego 2007

das Gedicht

Na dziś zadajmy ulgę drzemiącym poezyantom i odczytajmy wysublimowany erotyk:

***
O Wszystkie, do których się onanizowałem,
Wy, z którymi wspólnie grzeszyłem w myśli
Samotnie manipulując ciałem: -
Żadna z Was mi się już nie przyśni,
Ipsacyj na Waszą cześć zaprzestaję.

Porzucam wizje o Waszych wdziękach,
Nie będę już więcej Was wspominać,
Dziś kończy wyrzutów się udręka
Sumienia - więcej już nie będę trzymać
Prącia mego z idęją Was pieprzenia!

Od teraz przeznaczam narząd materii wyższej -
Nie tylko mnie będzie służył, ale i mi najbliższej!

Dyonizos, bez daty i miejsca

środa, 14 lutego 2007

Komu przysolić?

Dziś mam niezbyt wiele czasu, ale za to ogromne pokłady agresji słownej, którą pragnąłbym na kimś wyżyć. Problem w tym, że sam w tej chwili nie wiem na kim. Bowiem czy byłoby zasadne i godne człeka racjonalnego miotać plwocinami na jakąś dziewkę o spleśniałej twarzy i zdeformowanym tłuszczem tułowiu dlatego tylko, że jej przypadkowa obecnosć zakłóciła którgoś dnia swą lepką brzydotą miły akt estetycznego rozkoszowania się kontemplowaniem owocu pomarańczy?
Czy też powinienem powyżywać się na sapiących i cuchnących staruchach taranujących swemi potężnymi torbiskami pasażera pojazdu miejskiej komunikacji i przypuścić atak argumentem, że skoro taki babsztyl ma siły zapierdalać cały dzień z tymi siatami po rynku, to nachalne uświadamianie innym, że jest się biedną zgrzybiałą staruszką, której należy ustąpić miejsca, jest już nieautentyczne?
Komu mam przysolić? Być może wienienem przysolić sobie za nieregularne oczyszczanie się w tym miejscu z mentalnej żółci i wokabularnej uryny? Bowiem na cóż mi tutejsza spluwaczka, jeśli nie po to, aby oszczędzić współuczestnikom codzienności widoku piany toczącej się z mego pyska?

wtorek, 30 stycznia 2007

Skolemizacja

patanjali
Dzisiaj krótko.

***

Skolemizacja - bardziej ogólna postać egzystencjalnej instancjacji.

środa, 27 grudnia 2006

Powiastka śniadaniowa, cz. II

Jak sam tytuł wskazuje, część druga powiastki - przed jej przeczytaniem warto zajrzeć do części pierwszej

***

- Dzień dobry, dziękuję. - ledwo słyszalny szept wydobył się spomiędzy spąsowiałych z zawstydzenia policzków Nowaka, profesora Nowaka. Albowiem już od ładnych paru lat Ryszard Nowak cieszył się tytułem naukowym. Jednak niemal wszyscy pracownicy i studenci Instytutu wciąż zwracali się do Nowaka per "panie doktorze", być może dlatego, że z powodu swej wrodzonej skromności nigdy nie wymienił był tabliczki na drzwiach gabinetu, mogącej poinformować innych o postępie kariery naukowej. Rzecz jasna, stojąca w drzwiach dziewka gapiąca się na Nowaka tym tępym wzrokiem małpujących nabrzmiewanie zewnętrznych narządów płciowych źrenic nie została zrugana. Nic z tych rzeczy: Nowak był zbyt delikatnej natury, aby upominać się o należne mu tytułowanie. - Proszę wybaczyć, zastała mnie pani w trakcie bardzo wstydliwej czynności, jaką jest jedzenie. Naprawdę przepraszam, czuję się niemal nagi. - Nowak sam nie wiedział czy w tym momencie mówi poważnie, czy też kokieteryjnie się kryguje przed urodziwym przybyszem. - Czym mogę szanownej pani służyć?
- Ależ nic nie szkodzi, przecież w jedzeniu nie ma nic złego. - uśmiechnęła się nieznajoma, odgarniając z czoła niesforny pukiel włosów. - Nazywam się Anna Puszczalska, przychodzę do pana w imieniu Fundacji Semenbauma. - widząc pytający wzrok profesora Nowaka, figurującego w jej świadomości jako "doktor Ryszard Nowak, zawód: filozof, intelekt: wybitny, budowa ciała: doskonała", pospieszyła z wyjaśnieniem: - Zajmujemy się gromadzeniem ejakulatu ludzi wybitnych.
Zmieszany Nowak spuścił wzrok - sprawy związane z rozmnażaniem wprawiały go w zakłopotanie. Zawsze odczuwał pewien dyskomfort, gdy używano przy nim słów takich jak ejakulat. W dodatku nie miał śmiałości do kobiet.
c.d.n.

wtorek, 26 grudnia 2006

Powiastka śniadaniowa, cz. I

Dziś ponownie mała forma prozatorska.
***

Srebrna łyżeczka spoczywała niemal idealnie wzdłuż średnicy okręgu skreślonego delikatnym brzegiem porcelanowej filiżanki. Języki pary, unoszące się nad wyściełanym naturalną pianką crema lustrem aromatycznego ekstraktu wydobytego pod ciśnieniem z drobno zmielonych ziaren najprzedniejszej kolumbijskiej kawy, delikatnie lizały trzonek łyżeczki pozostawiając na nim mikroskopijne kropelki cieczy, które zbiegały się w wyżłobionej cieniutkiej rynience i zsuwały powoli w stronę miseczki, karmiąc niewielką łezkę wyrastającą u jej dna.
Ryszard Nowak, obserwując tę piękną scenę w skupieniu i nie śmiąc jej zakłócać wulgarnym ruchem ludzkiego ciała, cierpliwie czekał aż łezka opadnie pod wpływem swego ciężaru na spodeczek - wówczas kawa będzie gotowa do picia.
Nowak, ku zdziwieniu pozostałych pracowników Instytutu, od początku swej kariery naukowej nie używał krzesła - niektórzy przypuszczali, że to dlatego, iż niewiele krzeseł wytrzymałoby ciężar ogromnej postury subtelnego filozofa, a raczej kolosalnej masy - jakże niewspółmiernej do połączonego z nią umysłu, przy którym nawet rozpisujący się o marnych wobec nieskończoności trzcinach Blaise Pascal wydaje się rubaszną świnią i gruboskórnym prostakiem. Gwoli ścisłości: Nowak zajmował przy biurku pozę identyczną, jakby siedział na krześle, tyle tylko, że bez krzesła - potężne bulwy mięśni czworogłowych odciskały swój kontur w miękkiej wełnianej tkaninie spodni, utrzymując ciało olbrzyma zgodnie z jego wolą.
Nagle rozległo się głośne pukanie i w tej samej sekundzie otworzono drzwi z impetem wybuchającego dynamitu. Ułożone równo w piramidkę na talerzyku ze złotym paskiem maleńkie kanapeczki, które Nowak misternie sporządzał był na kwadrans przed rytuałem parzenia kawy, rozsypały się na wszystkie strony a zgwałcona wstrząsem łyżeczki kropla zleciała na spodeczek bez życia, nie doczekując przeznaczonej dla niej chwili.
- Dzień dobry panie doktorze! Smacznego. - z wdziękiem troglodyty ryknęła stojąca w drzwiach nadzwyczajnie urodziwa, elegancko i ze smakiem odziana dziewka.

c.d.n.

sobota, 16 grudnia 2006

Mała kundeliada

Dziś w mym ogródku, zamiast spodziewanych dyonizjów, pałętał się wynędzniały, parszywy kundel z przyczepionymi do ogona przez okoliczną gówniarzerię puszkami po mielonce, przemoczony zimnym deszczem i lękający się kolejnych razów kijem. Może godziwym podarkiem byłaby dlań szczera kula w łeb, ale lepiej niech już zaszczeka swym cuchnącym gangreną bezzębnych dziąseł pyskiem i wysnuje swą psią opowieść - w końcu lepsze to aniżeli skomlenie.
- Co ci się stało, psie?
- Hau, hau - odparł pies i odszedł powolnym krokiem uwolniony nożyczkami od hałasu puszek.
Potem przejechał go samochód.
(Oczywiście pies nie istniał)

sobota, 2 grudnia 2006

Tajemnica doktora Zwiędlaka

Idąc za przykładem Pana Michel, postanowiłem zamieścić skondensowaną formę prozatorską.

***
Doktor Gędrzych Zwiędlak, postać w światku sinologów i indologów rozpoznawana i poważana, między innymi ze względu na należącą doń przepastną bibliotekę wschodnich starodruków, popadł ostatnimi czasy w obsesję na punkcie pewnego szczególnego ćwiczenia asany, o którym wyczytał był w opracowaniu Humbadźalego traktującym o starożytnej sekcie joginów poszukujących Śambhali - mitycznej krainy istot wielkiego ducha utrzymujących świat w stanie ekwilibrium - poprzez złapanie za ogon węża Kundalini. Czyli w prostych, żołnierskich słowach: poprzez zajrzenie sobie w dupę.
Gędrzych wyczekiwał całymi popołudniami, aż jego przeklęta małżonka wypindrzy się wreszcie przed lustrem i wyjdzie do profesorowej na tę cholerną herbatkę. Gdy zostawał sam, niezmordowanie ćwiczył głęboko pochylając się i usiłując przełożyć głowę między kolanami. Już po kilku miesiącach obijał się czołem o majtający między udami penis, jednak przez kolejne dni nie był w stanie posunąć się nawet o centymetr dalej. Zatracił się w tej nowej figurze asany zupełnie - nie dbał o jedzenie ani sen, przestał zwracać uwagę na obecność i tak przywykłej do jego ekscentrycznych zachowań żony. Postępy były minimalne.
Jednak pewnego dnia, trwając pod nieobecność małżonki w świętym pochyleniu i tracąc powoli nadzieję na ujrzenie bram Śambhali, doktor Zwiędlak usłyszał ciche chrupnięcie dobiegające z własnych pleców. Był uwolniony z ortopedycznego więzienia swojego szkieletu! Zwiędlak, przepełniony mieszaniną doświadczenia sacrum i satysfakcji atlety, zamknął oczy w pokorze i wygiął się na przywitanie swego zadu, ile tylko mógł. Gdy odważył się spojrzeć wreszcie w swój anus, ogarnęła go rozpacz - nic się nie wydarzyło!
- To nie mogła być prawda, takie przejście od razu z asany do samadhi bez pranajamy ani dajany - myślał Gędrzych Zwiędlak, prostując się ze łzami w oczach. Chcąc spojrzeć w twarz idiocie, który spędził siedem miesięcy na próbie zajrzenia sobie w dupę, podszedł do chwilowo uwolnionego od pindrzącej się małżonki lustra. Ze wstydu nie mógł podnieść wzroku. Gdy jednak się odważył... natychmiast zniknął! Humbadźali mówił prawdę.

wtorek, 21 listopada 2006

Сафический Бегемот

Krótki wywiad z homofobem.

Reporter: Czy uważa Pan, że homoseksualne kobiety mają słuszność walcząc o tolerancję społeczną? Czy związki homoseksualne wśród kobiet zasługują na akceptację?

Respondent: Prawdę mówiąc, kiedyś lubiłem lesbijki – oczywiście tylko na filmach i to w formie powabnych dziewek, najlepiej aktorek, które tylko udawały i grały odmienną orientację. Ostatnio jednak i to mnie mierzi. Wie Pan? – studiuję socjologię, dyscyplinę mędrkowatych pseudonaukowców o płaskich czołach. Na moim wydziale można zobaczyć różne rzeczy – nawet takie, które do końca życia pozbawią nas przyjemności oglądania pornoli.
Mam obrzydzenie do lesb odkąd widziałem obrzydliwego kloca z socjologii wraz z partnerką.
Paskudne! Takie dwa smalco-kartofle - obrzydliwe babsztyle.
Mam wrażliwą wyobraźnię! Od razu dopadła mnie imaginacja dwóch kitłaszących się kaszalotów, z oślinionymi mordami buldogów i brudnymi paznokciami wpijającymi się w zwały psiego smalcu: obrzydliwa deformacja kobiecości w postaci wora zakisłego tłuszczu rozlewającego się w brudnych, spoconych paluchach lubieżnego bydlęcia o zepsutych zębach i przyssana do niej zapuszczoną pizdą, na której tamta rozmaśla jęzor przy akompaniamencie krowich ryków i borsuczych pomrukiwań.
Obwisłe jak wymiona, a wielkie od napchania tłuszczem, cyce obu bab sklejają się jak plastry zepsutego mięsa. Wygięte w paroksyzmie świńskiej uciechy nieforemne pizdolubne borsuki, ociekające cuchnącą śliną i zieleniejącymi upławami, rozlewają się w cuchnące kłębowisko uciechy obmierzłych kreatur! Z mieszany miazmatów śluzu obydwu pokrak wylęgają się robale: obmierzłe błyszczące muchy i galaretowate glisty stanowią potomstwo tej obrzydliwej imitacji chędożenia miźgolących się pasibrzuchów!

(Panu X dziękuję za redakcję oryginalnego bełkotu)

niedziela, 29 października 2006

Potrzeba nabuzowania

W dzień tak gnuśny i oplatający członki gęstym i ciężkim tchnieniem gnijącej jesienną porą przyrody jak dzisiejszy, prawdziwą wspaniałością byłby łyk z jakiegoś źródła energii, nabuzowujący całe ciało muzyką Beethoveena i oczyszczający wolę z pleśniawek. Niestety o takie źródło nadzwyczaj trudno, zwłaszcza u jednostki dotkniętej sceptycyzmem w zakresie doświadczania przeżyć ezoterycznych. Jednak nie jest to niemożliwe!
Tyle tylko, że niezbędne jest zahartowanie i wyćwiczenie członków i intelektu przynajmniej do tego stopnia, aby niespodzianki atmosferyczne nie czyniły na nich żadnego wrażenia. Ten kto chce udanie stąpać po linie rozpiętej między zwierzęciem a nadczłowiekiem, musi być odporny na jesienny marazm przede wszystkim. Inaczej wszystko w nieprzewidzianych chwilach obracać się będzie w górę łajna. Nie pozwólmy na to!
Puśćcie Muzykę! Wytrzaskajcie mię po licach celem ocucenia!

sobota, 21 października 2006

Wytresować sumienie

Dziś, być może wcale nie dla odmiany a na poczet nowej zasady, odwołajmy się do któregoś ze źródeł. Tako rzecze Διώνυσος: Jeśli wytresujemy swe sumienie, to gryząc, będzie nas ono zarazem całować [Poza dobrem i złem, § 98].
Cóż oznaczać ma ta perwersja i dlaczego warto ku niej dążyć? Czy jest to li tylko duchowa odmiana odzianej w skórzany trykot dziewki smagającej biczem w miarę spółkowania, czy też akt konsekracji wynoszący to, co było pierwotnie nieprzyjemnym jałowym wyrzutem na wysokość, gdzie obrodzi w wyrafinowane i cenne owoce - uprzyjemnienie monotonii starego, czy odnalezienie w starym tego, czego wcześniej w nim nie dostrzeżono?
Warto strzelać metodycznie w pysk swemu sumieniu tylko po to, aby się o tem przekonać. Nawet, jeśli ugryzienia jeszcze nie bolą.

czwartek, 19 października 2006

Plugawe zgnuśnienie

Programowo miało tu nie być użalania się nad samym sobą i patroszenia nieciekawych wydarzeń z życia; tego, wszędzie obecnego, bydlęcego ociekania codziennością. Jednak uczynimy tu wyjątek, i to wyjątek na skandalicznie błahą okoliczność - parszywy, karłowaty bakcyl zaziębienia zaatakował. Zamiast jednak wypominać mu niskie urodzenie (to przecież kurewski pomiot grypy!) i dociekać powodów, dla których odważył się podstępnie przeniknąć do organizmu, spróbujmy dostrzec i belkę we własnym oku.
Otóż bakcyl przypuścił atak, gdyż został sprowokowany. Sprowokowany gnuśnością i postępującym rozmemłaniem psychicznym, rozparcelowaniem rdzenia woli i rozdrabnianiem mocy! Podły bydlak, chociaż drobny, postanowił rzucić się na Filozofa i sprowadzić do parteru; zmusić do zanurzenia głowy w gównie, aby odtąd każdy oddech stanowił reminescencję pospolitości - przypomnieć, że ten jest tylko człekiem!
Wyciśnijmy jednak naukę pozytywną. Prawdziwy Διώνυσος rzekł: Co mnie nie zabija, to mnie wzmacnia. Niech zatem wspomnienie po bakcylu plugawym, kiedy nareszcie zostanie wytrzebion, będzie pożywką i dla ciała, i dla ducha! Niech przypomina, że przewinę stanowi zgnuśnienie i osłabienie woli, do których nie można więcej dopuszczać!

środa, 18 października 2006

Z genealogii oralności, cz. I

Po co komu kolejny ejakulat werbalnego onanizmu? Takie pytanie zada sobie człek, który tu zawitał. To dobre pytanie, ale póki co nie ma na nie odpowiedzi jednoznacznej - czy główną determinantą jest tu jakiś psychiczny analogon swędzenia narządów zmuszającego młodzików do ipsacji, czy też całość można tłumaczyć jako produkt tęsknoty za słowami Pana Michel i pozazdroszczenia mu?
Oralność jest sprawą złożoną - nie można sprowadzać jej wyłącznie do artykułowania myśli. Bowiem mijalibyśmy tu kwestię zasadniczą: po co je artykułujemy? Chwilowo darujmy sobie próbę rozstrzygnięcia czy po to, aby zachwyciła się tem jakaś nadpobudliwa rozczochrana dziewka, czy po to, aby ejakulat ten zapłodnił czyjś umysł. Pozostawmy ją do następnego razu!

O babbiciakach - pierwsza odezwa zamierzona

Babbiciarstwo opanowało świat nasz, i nic na to nie poradzisz! Cóż jednak z tego wynika dla człeka nieokiełznanego filisterskim chomątem i nie dającego wyplenić w sobie zamiłowania do spraw ducha? Jeżeli przejmuje się On oprócz swych zamiłowań prawdziwie szlachetnych także i relacjami wzajemnymi z pospólstwem, to wynika co najmniej to, że pospólstwo Niem wzgardzi.
Albowiem prostak jest jak świnia - czego zeżreć nie zdoła, to zafajda. Filozof musi patrzeć z góry na tłuszczę! I nic tu po skomleniu odzianych w sandały dziewek z tzw. ruchów ekologicznych, łajdaczących się po krzakach, że nikomu nie wolno się wywyższać. To nie Filozof się wywyższa, a gówno spływa na dół!