środa, 27 grudnia 2006

Powiastka śniadaniowa, cz. II

Jak sam tytuł wskazuje, część druga powiastki - przed jej przeczytaniem warto zajrzeć do części pierwszej

***

- Dzień dobry, dziękuję. - ledwo słyszalny szept wydobył się spomiędzy spąsowiałych z zawstydzenia policzków Nowaka, profesora Nowaka. Albowiem już od ładnych paru lat Ryszard Nowak cieszył się tytułem naukowym. Jednak niemal wszyscy pracownicy i studenci Instytutu wciąż zwracali się do Nowaka per "panie doktorze", być może dlatego, że z powodu swej wrodzonej skromności nigdy nie wymienił był tabliczki na drzwiach gabinetu, mogącej poinformować innych o postępie kariery naukowej. Rzecz jasna, stojąca w drzwiach dziewka gapiąca się na Nowaka tym tępym wzrokiem małpujących nabrzmiewanie zewnętrznych narządów płciowych źrenic nie została zrugana. Nic z tych rzeczy: Nowak był zbyt delikatnej natury, aby upominać się o należne mu tytułowanie. - Proszę wybaczyć, zastała mnie pani w trakcie bardzo wstydliwej czynności, jaką jest jedzenie. Naprawdę przepraszam, czuję się niemal nagi. - Nowak sam nie wiedział czy w tym momencie mówi poważnie, czy też kokieteryjnie się kryguje przed urodziwym przybyszem. - Czym mogę szanownej pani służyć?
- Ależ nic nie szkodzi, przecież w jedzeniu nie ma nic złego. - uśmiechnęła się nieznajoma, odgarniając z czoła niesforny pukiel włosów. - Nazywam się Anna Puszczalska, przychodzę do pana w imieniu Fundacji Semenbauma. - widząc pytający wzrok profesora Nowaka, figurującego w jej świadomości jako "doktor Ryszard Nowak, zawód: filozof, intelekt: wybitny, budowa ciała: doskonała", pospieszyła z wyjaśnieniem: - Zajmujemy się gromadzeniem ejakulatu ludzi wybitnych.
Zmieszany Nowak spuścił wzrok - sprawy związane z rozmnażaniem wprawiały go w zakłopotanie. Zawsze odczuwał pewien dyskomfort, gdy używano przy nim słów takich jak ejakulat. W dodatku nie miał śmiałości do kobiet.
c.d.n.

wtorek, 26 grudnia 2006

Powiastka śniadaniowa, cz. I

Dziś ponownie mała forma prozatorska.
***

Srebrna łyżeczka spoczywała niemal idealnie wzdłuż średnicy okręgu skreślonego delikatnym brzegiem porcelanowej filiżanki. Języki pary, unoszące się nad wyściełanym naturalną pianką crema lustrem aromatycznego ekstraktu wydobytego pod ciśnieniem z drobno zmielonych ziaren najprzedniejszej kolumbijskiej kawy, delikatnie lizały trzonek łyżeczki pozostawiając na nim mikroskopijne kropelki cieczy, które zbiegały się w wyżłobionej cieniutkiej rynience i zsuwały powoli w stronę miseczki, karmiąc niewielką łezkę wyrastającą u jej dna.
Ryszard Nowak, obserwując tę piękną scenę w skupieniu i nie śmiąc jej zakłócać wulgarnym ruchem ludzkiego ciała, cierpliwie czekał aż łezka opadnie pod wpływem swego ciężaru na spodeczek - wówczas kawa będzie gotowa do picia.
Nowak, ku zdziwieniu pozostałych pracowników Instytutu, od początku swej kariery naukowej nie używał krzesła - niektórzy przypuszczali, że to dlatego, iż niewiele krzeseł wytrzymałoby ciężar ogromnej postury subtelnego filozofa, a raczej kolosalnej masy - jakże niewspółmiernej do połączonego z nią umysłu, przy którym nawet rozpisujący się o marnych wobec nieskończoności trzcinach Blaise Pascal wydaje się rubaszną świnią i gruboskórnym prostakiem. Gwoli ścisłości: Nowak zajmował przy biurku pozę identyczną, jakby siedział na krześle, tyle tylko, że bez krzesła - potężne bulwy mięśni czworogłowych odciskały swój kontur w miękkiej wełnianej tkaninie spodni, utrzymując ciało olbrzyma zgodnie z jego wolą.
Nagle rozległo się głośne pukanie i w tej samej sekundzie otworzono drzwi z impetem wybuchającego dynamitu. Ułożone równo w piramidkę na talerzyku ze złotym paskiem maleńkie kanapeczki, które Nowak misternie sporządzał był na kwadrans przed rytuałem parzenia kawy, rozsypały się na wszystkie strony a zgwałcona wstrząsem łyżeczki kropla zleciała na spodeczek bez życia, nie doczekując przeznaczonej dla niej chwili.
- Dzień dobry panie doktorze! Smacznego. - z wdziękiem troglodyty ryknęła stojąca w drzwiach nadzwyczajnie urodziwa, elegancko i ze smakiem odziana dziewka.

c.d.n.

sobota, 16 grudnia 2006

Mała kundeliada

Dziś w mym ogródku, zamiast spodziewanych dyonizjów, pałętał się wynędzniały, parszywy kundel z przyczepionymi do ogona przez okoliczną gówniarzerię puszkami po mielonce, przemoczony zimnym deszczem i lękający się kolejnych razów kijem. Może godziwym podarkiem byłaby dlań szczera kula w łeb, ale lepiej niech już zaszczeka swym cuchnącym gangreną bezzębnych dziąseł pyskiem i wysnuje swą psią opowieść - w końcu lepsze to aniżeli skomlenie.
- Co ci się stało, psie?
- Hau, hau - odparł pies i odszedł powolnym krokiem uwolniony nożyczkami od hałasu puszek.
Potem przejechał go samochód.
(Oczywiście pies nie istniał)

sobota, 2 grudnia 2006

Tajemnica doktora Zwiędlaka

Idąc za przykładem Pana Michel, postanowiłem zamieścić skondensowaną formę prozatorską.

***
Doktor Gędrzych Zwiędlak, postać w światku sinologów i indologów rozpoznawana i poważana, między innymi ze względu na należącą doń przepastną bibliotekę wschodnich starodruków, popadł ostatnimi czasy w obsesję na punkcie pewnego szczególnego ćwiczenia asany, o którym wyczytał był w opracowaniu Humbadźalego traktującym o starożytnej sekcie joginów poszukujących Śambhali - mitycznej krainy istot wielkiego ducha utrzymujących świat w stanie ekwilibrium - poprzez złapanie za ogon węża Kundalini. Czyli w prostych, żołnierskich słowach: poprzez zajrzenie sobie w dupę.
Gędrzych wyczekiwał całymi popołudniami, aż jego przeklęta małżonka wypindrzy się wreszcie przed lustrem i wyjdzie do profesorowej na tę cholerną herbatkę. Gdy zostawał sam, niezmordowanie ćwiczył głęboko pochylając się i usiłując przełożyć głowę między kolanami. Już po kilku miesiącach obijał się czołem o majtający między udami penis, jednak przez kolejne dni nie był w stanie posunąć się nawet o centymetr dalej. Zatracił się w tej nowej figurze asany zupełnie - nie dbał o jedzenie ani sen, przestał zwracać uwagę na obecność i tak przywykłej do jego ekscentrycznych zachowań żony. Postępy były minimalne.
Jednak pewnego dnia, trwając pod nieobecność małżonki w świętym pochyleniu i tracąc powoli nadzieję na ujrzenie bram Śambhali, doktor Zwiędlak usłyszał ciche chrupnięcie dobiegające z własnych pleców. Był uwolniony z ortopedycznego więzienia swojego szkieletu! Zwiędlak, przepełniony mieszaniną doświadczenia sacrum i satysfakcji atlety, zamknął oczy w pokorze i wygiął się na przywitanie swego zadu, ile tylko mógł. Gdy odważył się spojrzeć wreszcie w swój anus, ogarnęła go rozpacz - nic się nie wydarzyło!
- To nie mogła być prawda, takie przejście od razu z asany do samadhi bez pranajamy ani dajany - myślał Gędrzych Zwiędlak, prostując się ze łzami w oczach. Chcąc spojrzeć w twarz idiocie, który spędził siedem miesięcy na próbie zajrzenia sobie w dupę, podszedł do chwilowo uwolnionego od pindrzącej się małżonki lustra. Ze wstydu nie mógł podnieść wzroku. Gdy jednak się odważył... natychmiast zniknął! Humbadźali mówił prawdę.