Idąc za przykładem Pana Michel, postanowiłem zamieścić skondensowaną formę prozatorską.
***
Doktor Gędrzych Zwiędlak, postać w światku sinologów i indologów rozpoznawana i poważana, między innymi ze względu na należącą doń przepastną bibliotekę wschodnich starodruków, popadł ostatnimi czasy w obsesję na punkcie pewnego szczególnego ćwiczenia asany, o którym wyczytał był w opracowaniu Humbadźalego traktującym o starożytnej sekcie joginów poszukujących Śambhali - mitycznej krainy istot wielkiego ducha utrzymujących świat w stanie ekwilibrium - poprzez złapanie za ogon węża Kundalini. Czyli w prostych, żołnierskich słowach: poprzez zajrzenie sobie w dupę.
Gędrzych wyczekiwał całymi popołudniami, aż jego przeklęta małżonka wypindrzy się wreszcie przed lustrem i wyjdzie do profesorowej na tę cholerną herbatkę. Gdy zostawał sam, niezmordowanie ćwiczył głęboko pochylając się i usiłując przełożyć głowę między kolanami. Już po kilku miesiącach obijał się czołem o majtający między udami penis, jednak przez kolejne dni nie był w stanie posunąć się nawet o centymetr dalej. Zatracił się w tej nowej figurze asany zupełnie - nie dbał o jedzenie ani sen, przestał zwracać uwagę na obecność i tak przywykłej do jego ekscentrycznych zachowań żony. Postępy były minimalne.
Jednak pewnego dnia, trwając pod nieobecność małżonki w świętym pochyleniu i tracąc powoli nadzieję na ujrzenie bram Śambhali, doktor Zwiędlak usłyszał ciche chrupnięcie dobiegające z własnych pleców. Był uwolniony z ortopedycznego więzienia swojego szkieletu! Zwiędlak, przepełniony mieszaniną doświadczenia sacrum i satysfakcji atlety, zamknął oczy w pokorze i wygiął się na przywitanie swego zadu, ile tylko mógł. Gdy odważył się spojrzeć wreszcie w swój anus, ogarnęła go rozpacz - nic się nie wydarzyło!
- To nie mogła być prawda, takie przejście od razu z asany do samadhi bez pranajamy ani dajany - myślał Gędrzych Zwiędlak, prostując się ze łzami w oczach. Chcąc spojrzeć w twarz idiocie, który spędził siedem miesięcy na próbie zajrzenia sobie w dupę, podszedł do chwilowo uwolnionego od pindrzącej się małżonki lustra. Ze wstydu nie mógł podnieść wzroku. Gdy jednak się odważył... natychmiast zniknął! Humbadźali mówił prawdę.