Nie zacytuję dokładnie myśli Dyoniza, od której chciałbym rozpocząć dzisiejszą refleksję, gdyż nie mam w tej chwili przy sobie egzemplarza Wędrowca i jego cienia - mam nadzieję, że nie wynędznieje ona zanadto w mym ułomnym przypomnieniu:
Dowcip jest zawsze epigramatem na cześć śmierci jakiegoś uczucia.
Sądzę, że nie chodzi tu o jakąś prymitywną rozśmieszywajkę z gatunku "Polak, Rusek i Niemiec...", albo taką czy inną knajacką historyjkę o żonie łajdaczącej się tuż pod czujnym okiem męża impotenta, ale raczej o ukuty na potrzeby chwili, celny antafagmacik. Bowiem cóż nas bawi w antafagmatach? Paradoks, ironia, sarkazm... - w zasadzie wszystko jedno. Ważniejsze aby całość była lekka, zgrabna i celna, a nie rozlazła, napuszona i ciężka - ekspresja ironii u co poniektórych bardziej niż do epigramatu, podobna jest do pierdnięcia na pogrzebie.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
Z genealogii oralności, cz II
at
17:35
0
comments
Subskrybuj:
Posty (Atom)
