poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Zapomniany język

Ambicją antropologiczną sir Humphrey'a Pflingersa było od zawsze dotarcie do jakiegoś nieznanego ludu posługującego się niepodlegającym żadnym klasyfikacjom lingwistycznym językiem, stworzenie dla tego języka systemu pisma a następnie przełożenie na ten język książki kucharskiej zawierającej przepisy na dania z jaj, bekonu i fasoli.
Sir Pflingers po raz kolejny sobie uświadomił własną pasję życiową zapuściwszy się w głąb amazońskiej dżungli. Opuścił go był nawet indiański przewodnik - gdy Humphrey Pflingers zamierzał iść dalej, ten usiłował go powstrzymać ze strachem w oczach przybierając obłąkane pozy ciała. Pflingers nauczył się był od ojca - oficera Królewskiej Marynarki - jednego: tego, że tchórzostwo zasługuje na potępienie. Tak też indiański przewodnik skończył marnie.
Pflingers szedł samotnie wiele dni, pożywiając się tylko tym, co znalazł w dżungli. W okół nie było żywej duszy, jednak miał silne poczucie, że nie może się poddać. I tak, pierwsza część jego marzenia spełniła się.
Gdy odpoczywał w gąszczu zieleni, usłyszał kilka następujących zaraz po sobie charakterystycznych dźwięków. "Coś jakby pierdnięcie" - pomyślał sir Pflingers. Nie mylił się - zza krzaków wokół bagna wyskoczyła grupka niskich, brązowoskórych indian, którzy komunikowali się za pomocą dźwięków, które ze względu na ograniczenia naszego systemu zapisu nie mogą być tu przytoczone. Indianie otoczyli Pflingersa i cały czas wypięci do niego zadkami, raz po raz popierdując, odtańczyli kilka kółek. Intuicja naukowa sir Humphrey'a Pflingersa nigdy go nie zawodziła - był to rytuał powitania, który wiele lat później opisał w książce o anurańczykach, która przyniosła mu międzynarodową sławę i uznanie.

sobota, 25 sierpnia 2007

Transgresywny sen

Dziś miałem nadzwyczaj transgresywny sen. Oczywiście nie udało mi się zapamiętać całości, a jedynie najbardziej szokujące elementy. Prawdopodobnie nie uda mi się przedstawić ich tak, aby odpowiadały swojemu miejscu w porządku onirycznej logiki, ale mimo to spróbuję się nimi podzielić.
Śnił mi się kasjer z pobliskiego hipermarketu z trądzikiem bez trądziku oraz Ryszard Legutko. Nie przypominam sobie czy Ryszard Legutko robił coś szczególnego, czy mówił coś, drapał się, cokolwiek bądź, ale wiem (lub raczej mam silne przekonanie), że stanowił we śnie ważny element. Do pomieszczenia, w którym znajdowałem się z wyżej wymienionymi usiłował się dostać przez szklane drzwi nieduży, sympatyczny kotek. Usiłował na tyle skutecznie, że w prawym dolnym rogu drzwi wybił dziurę, przez którą się potem przecisnął.
Przecisnął się jednak na tyle pechowo, że się cały pokaleczył i wszędzie było mnóstwo krwi i kawałków szkła . Podniosłem kotka, wyjąłem mu kawałek szkła z okrwawionego oka (zbliżenie jak z Psa Andaluzyjskiego) i zastanawiałem się co począć.
W tym momencie podszedł odziany w bokserki w błękitno-białą kratkę kasjer z hipermarketu z trądzikiem bez trądziku i zwrócił mi uwagę, żebym nie trzymał kotka pod brzuszkiem, tylko pod pupą.
Obudziłem się pod wpływem telefonu chcącego czegoś znów ode mnie maniaka. Dziękuję.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Prokrastynacyo, pozwól żyć!

Uważny czytelnik spostrzeże, iż ostatnimi czasy często używam terminu prokrastynacja. Być może nawet nadużywam. Jednak rzeczy należy nazywać po imieniu, a prokrastynacja właśnie jest imieniem potwornej ryby w galarecie czającej się za plecami i oblepiającej paraliżującym jadem przy każdej sposobności. Zmieniającej każde przedsięwzięcie w męczarnie twórczej impotencji, uniemożliwiającej podjęcie jakiejkolwiek decyzji i zmieniającej każde zadanie w rybinne, jałowe deliberacje "czy może tak a tak nie byłoby lepiej".
To, że dobre jest wrogiem lepszego to jedno. Ale perfekcjonistyczny impas, prokrastynacyjna niemoc zabrania się do dzieła w doprowadzonej do granic absurdu obawie przed przedwczesną ejakulacją i nie tyle nawet ośmieszeniem się, co nie-rzuceniem-świata-na-kolana to drugie!
Należy wreszcie raz zdobyć się na odwagę, strzelić tej skurwiałej rybie w pysk aż odleci galareta, i zabrać się do dzieła tak, jak się umie, najprostszymi środkami, bez przystawania na każdym kroku i ewaluowania najdrobniejszych kroczków, by wreszcie doprowadzić coś do końca zamiast zaczynać setny raz od początku!

niedziela, 19 sierpnia 2007

Fraszka ipsacyjna

Monsieur Michel przytoczył mi ostatnio pewną fraszkę. Bardzo mi się spodobała i tym większe było moje ukontentowanie, gdy dowiedziałem się, iż to ja jestem jej autorem. Tytuł nadany na poczekaniu, być może ulegnie zmianie.

Corpus delicti

Ipsofon zarejestrował odgłosy ipsacji.
Eo ipso - nie było kopulacji.

czwartek, 16 sierpnia 2007

Śniadanie, mycie się. Śniadanie. Mycie się!

Niedawno odkryłem, jak ważne dla stanu psychofizycznego jest pełnowartościowe, obfite śniadanie. Do tej pory das Frühstück było na ogół ukonstytuowane z filiżanki kawy i szklanki zimnej wody. Perspektywa przyrządzania sobie śniadania zawsze napawała mnie wstrętem do wyobrażenia hiperrobociarskiego radzieckiego dziecka wpieprzającego co dzień rano na potęgę dwa bochny chleba z czerwonym salcesonem i zapijającego to wszystko wiadrem gorącego mleka z kożuchem oraz wywoływała poczucie analogii do publicznej ipsacji. Jednak najedzony rano, czuję się lepiej przez cały dzień - żółć mię nie trawi, gdyż zajęta jest czym innym. Przekonałem się!

Odkryciem podobnej wagi, co śniadanie, jest szorowanie pleców szczotką. To nigdy nie budziło we mnie wstrętu, a co najwyżej wesołość czy nawet wesołkowatość. Jednak odkąd przeczytałem o pewnym starcu zachowującym wigor dzięki temu, iż codzień rano murzyński pachołek szoruje mu szczotką ryżową plecy do czerwoności, zapragnąłem spróbować. Co prawda nie udało mi się zorganizować murzyńskiego pachołka, ale za to zdobyłem szczotkę. Nie umiem wyjaśnić jak, ale szorowanie pleców działa! Chyba po prostu usuwa poczucie lepkości i zapyzienia.

Śniadanie, mycie się. Śniadanie. Mycie się!

środa, 8 sierpnia 2007

Elukubracja o Prokrastynacji Narracji

Dalsze części "powiastki śniadaniowej", jeżeli w ogóle powstaną, to powstaną w dalekiej, mglistej przyszłości. Abstrahując od dość napiętego harmonogramu ("Kogo nazywasz harmonogramem, chuju?" - patrz http://bash.org.pl/232596/) ostatniego półrocza i wynikającego zeń prozaicznego wykrętu wszystkich hiperrobociarzy pod tytułem "brak czasu", dosięgła mię klątwa zaciekle polująca na wszystkie me przewidywane na więcej aniżeli kilka stronic ambicyje literackie - prokrastynacja narracji. To tytułem wyjaśnienia tutułu.
Nie idzie o to, że nie wiem co napisać dalej. Problem stanowi raczej idiosynkrazja wobec przemiany ciekawie zapowiadającej się, zadowalającej technicznie krótkiej formy w jeżącą się od warsztatowej słabizny, rzyguśną i po licealnemu literacką "pierwszą powieść", "pierwszą książkę", czy jeszcze inne żałosne, skurwiałe paskudztwo niegodne splunięcia.
Teorię prokrastynacji narracji w swych pierwocinach zwałem cyzelowaniem, gdyż wcześniej nie dostrzegałem, warstwy ukrytej (słownictwo koinonologiczne) tego zjawiska, skupiając się wyłącznie na pozorach.