Sir Pflingers po raz kolejny sobie uświadomił własną pasję życiową zapuściwszy się w głąb amazońskiej dżungli. Opuścił go był nawet indiański przewodnik - gdy Humphrey Pflingers zamierzał iść dalej, ten usiłował go powstrzymać ze strachem w oczach przybierając obłąkane pozy ciała. Pflingers nauczył się był od ojca - oficera Królewskiej Marynarki - jednego: tego, że tchórzostwo zasługuje na potępienie. Tak też indiański przewodnik skończył marnie.
Pflingers szedł samotnie wiele dni, pożywiając się tylko tym, co znalazł w dżungli. W okół nie było żywej duszy, jednak miał silne poczucie, że nie może się poddać. I tak, pierwsza część jego marzenia spełniła się.
Gdy odpoczywał w gąszczu zieleni, usłyszał kilka następujących zaraz po sobie charakterystycznych dźwięków. "Coś jakby pierdnięcie" - pomyślał sir Pflingers. Nie mylił się - zza krzaków wokół bagna wyskoczyła grupka niskich, brązowoskórych indian, którzy komunikowali się za pomocą dźwięków, które ze względu na ograniczenia naszego systemu zapisu nie mogą być tu przytoczone. Indianie otoczyli Pflingersa i cały czas wypięci do niego zadkami, raz po raz popierdując, odtańczyli kilka kółek. Intuicja naukowa sir Humphrey'a Pflingersa nigdy go nie zawodziła - był to rytuał powitania, który wiele lat później opisał w książce o anurańczykach, która przyniosła mu międzynarodową sławę i uznanie.
