Dziś, w drodze do pracy, gdy moje gałki oczne miały wybór pomiędzy łysiną obleśnego typka z owłosionym koniuszkiem nosa a jakimś wyfiokowanym starym pudłem, doznałem swoistego oświecenia. Oświecenie oczywiście nie miało nic wspólnego ani z fryzjerskim analogonem syna Minosa ani też z paskudnym zwiędłym kalafiorem będącym w swojej świadomości jakąś "kurwa stokrotką". Tępe oblicza licealnych chłystków nabrzmiałe od niepokoju płciowego także nie miały z tym wiele do czynienia. Cóż zatem śmiem nazywać oświeceniem i czego ono miało by dotyczyć?
Już odpowiadam. Wyklarowała mi się wreszcie fabuła małej formy prozatorskiej Kioskareczka i Monsieur, którą rozpocząłem byłem wiele miesięcy temu - wyklarowała tak, że niebawem ją ukończę. To natomiast olśniło mię w tym sensie, iż dostrzegłem motyw przewodni występujący w niemal wszystkich mych (przepraszam za słowo) opowiadankach. Nie umiem go jeszcze krzepko i węzłowato nazwać, ale cieszy mię odkrycie, iż eksploatuję jakiś motyw - teraz wiem, że mój ум chce mi coś powiedzieć, do czegoś dąży i nie jest to jedynie kwestia wypluwania z siebie jakichś "literackich" rzygowin!