środa, 11 czerwca 2008

O uczuciach chrześcijańskich

Dostrzeżenie we mnie piewcy myśli chrześcijańskiej wymaga raczej większego wysiłku. Jednak czasem się zdarza, że wbrew zaleceniom, których sam udzielam innym, coś mię napadnie i popełniam jakiś lepki od krwi Chrystusa i poczucia winy czyn chrześcijański. Nie miejsce i pora na jakieś zawiesiste solilokwia na temat chrystogenezy moich postępków - mam dziś raczej na celu uzasadnić przewrotne porzekadełko filisterskie "Za każdy dobry uczynek czeka Cię zasłużona kara".

Gdy widzę, że ktoś ewidentnie nie pojmuje konsekwencyj swoich działań i ściąga tym na siebie kłopoty, staram się interweniować, uświadamiać, tłumaczyć, pomagać itd. Niby cudze kłopoty to nie moja sprawa, ale jakiś obrzydliwy atawizm intelektualny w postaci sumienia nie pozwala mi przejść nad całą sytuacją do porządku. I brnę w tej litości cnotliwej do granic mej cierpliwości, a gdy tej z kolei braknie, nieraz po prostu robię coś za kogoś, żeby było zrobione dobrze i żeby nie było kłopotów. I jest to wstrętne i godne potępienia w imię wszystkich mych Idej! Dlaczego?

Bo zamiast babrać się w aktach chrystianicznych winienem zająć się pośmierdywującą przyczyną problemów, owym ktosiem, sprać go po pysku i wytrzeć nim buty! Niech ma nauczkę, przestanie być krnąbrny i na drugi raz uważa.