Niniejsza notka powstaje celem dokonania gładkiego przejścia między ostatnim wpisem a następnym — to przecież bez mała pięć księżyców! Będzie więc tak, jak się robi w amerykańskich dziełach filmowych powstałych z poszatkowanych grubych europejskich powieści — co się działo z Dyonizosem?
***
Po kilkudziesięciu miesiącach bez należytego odpoczynku Dyoniz zaznał spokoju w malowniczych wioskach Italii. Podczas wywczasu Dyoniz zaszczycony został mianem ontycznego demiurga!
Praca nad Hauptwerkiem, szarpanina z plugawą koinonologią (w skutkach swych bolesna), użeranie się z różnej maści zakwasami umysłowymi, wynikłą z tego breją emocjonalną oraz zastanawianie się "co dalej?" skutecznie wypełniło Dyonizowi następujące księżyce.
Dyonizos zwieńczył Hauptwerk gromkim i krzepkim pierdnięciem intelektualnym przed gremium uczonych mężów, którzy z wdziękiem pulchnej dziewoi podmywającej się szarym mydłem w misce nieśmiało zaprosili go do swego grona. Aczkolwiek Dyoniz nie jest do końca przekonany co do sensu rysowanej przed nim służalczej perspektywy — będzie musiał przecież parać się zapewnianiem bytu pod nową świadomość!
Demiurg ontyczny winien wypełnić garść jurystyczno-tradycjonalistycznych konwencyj, aby jego kreacji zanadto nie przeszkadzało państwowo-katolickie powietrze — tak też postąpił prawy Dyoniz wierząc, że pod mieszczańskim widowiskiem można przemycić szczere uczucie i szlachetną wolę. Dionis non est solus... nota bene mieszczańskie widowisko udało się wcale nieźle!
Od pewnego czasu Dyoniz para się wiciem nowego gniazda pod swe przyszłe dziedzictwo i zastanawianiem się jak pozyskać na to cały niezbędny kapitał... Cały czas pozostaje jednak hardy duchem i stara się uniknąć typowego sfilistrzenia!
***
Tyle o losach Dyonizosa!
