Dziś pierwsza od dawna forma prozatorska. Niestety nie miałem jeszcze czasu odpowiednio ją wycyzelować i mam wrażenie, że jest odrobinę za długa. Ale poprawię w przyszłości. Tymczasem publikuję, aby zupełnie od tego nie odwyknąć!
***
Jako człowiek o nadzwyczaj poukładanym życiu, Zenobiusz Plewa mocno przeżył nagły atak choroby, który w konsekwencji doprowadził go do szpitala. Przez długi czas nie mógł zrozumieć jak to się stało, że on, prowadzący od lat wzorowy tryb życia i skrupulatnie przestrzegający zasad zdrowego żywienia, wylądował najpierw na oddziale intensywnej terapii, a potem na długie dni w sali chorych. Wciąż zadawał sobie pytanie: w czym zawinił?
Leżąc na szpitalnym łóżku, analizował minione tygodnie próbując przy tym dociec przyczyny swojego stanu. Przypominał sobie uporządkowane posiłki, pory wypróżnień i długie spacery na świeżym powietrzu nigdzie nie mogąc dopatrzeć się uchybienia. Wszystko robił dokładnie tak, jak zaplanował! To, co go spotkało, było wybitnie niesprawiedliwe. Jednak nie poczucie krzywdy było najbardziej dolegliwe. Tym, co martwiło Zenobiusza szczególnie, było niesłychane rozregulowanie fizjologiczne, którego doświadczył w szpitalu. Zanim tu trafił, od ponad trzydziestu lat codziennie jadał posiłki i wypróżniał się w tych samych porach. Prawda, że początki nie były łatwe, ale samodyscyplina i umiłowanie porządku sprawiły, że w końcu osiągnął swój cel. Nie tylko bowiem jadał i wydalał o tej samej porze, ale także jadał i wydalał w tych samych ilościach. Każdy dzień taki sam! Od kilkunastu lat żadnego odchylenia od wypracowanej siłą woli normy. O ile utrzymanie jakościowej i ilościowej równoważności spożywanych posiłków wydaje się względnie łatwe, to precyzyjne wytrenowanie układu trawiennego wymaga ogromnego wysiłku. Pewnie, że na początku stolce były raz większe raz mniejsze, a objętość wydalanego moczu wahała się z dnia na dzień dramatycznie. Zenobiusz nie zniechęcał się jednak. - Uporządkowane życie jest warte wszelkich poświęceń! - Tak myślał kiedyś. Obecnie znajdował się w fatalnej kondycji psychicznej. Zastanawiał się czy kiedykolwiek zdoła odzyskać utracony rytm dnia. Obawiał się czy nie jest już za stary na próbę woli.
Lekarz, który go wypisał do domu, był na tyle bezczelny, by zalecić mu dietę. Jemu, Zenobiuszowi Plewie, zalecił dietę! - To niesłychane! - oburzał się Zenobiusz, przypominając sobie wszystkie idealnie skomponowane posiłki. - Nie dość, że rozwalą człowiekowi perystaltykę jelit, to jeszcze mają czelność zalecać jakąś wymyśloną ad hoc, prowizoryczną "dietę". - Sami się nażryjcie swoimi gównianymi "dietami", wy chaotyczne świnie! Zenobiusz wychodził z założenia, że im wcześniej zdoła powrócić do dawnego, idealnego trybu życia, tym prędzej odzyska dawny wigor i chęć do życia.
O ile pory i wielkość posiłków nie stanowiły większego problemu, to długie miesiące prób przyzwyczajenia układu trawiennego do dawnego porządku okazały się daremne. Jednego dnia kilka razy oddawał stolec, potem przez kilka dni nic. - Żadnej reguły. - Zenobiusz popadał w coraz większą melancholię. Wszystko, co do tej pory wypracował, leżało w gruzach. Martwił się, że zdechnie chaotycznie i bez sensu. Z dnia na dzień napawało go to coraz większym smutkiem i przerażeniem. W końcu postanowił popełnić samobójstwo. Ale bynajmniej nie z rozpaczy. - Z chęci przeżycia własnego życia po swojemu!
Decyzja o rozstaniu się ze światem pozwoliła Zenobiuszowi przespać spokojnie pierwszą noc od dawna. Zaplanował, że jeszcze równo przez tydzien wytrwa w swoim rytmie dnia, odrobinę go jednak naginając. Z planu zachowania rytmu dnia dumny był szczególnie. Postanowił, że będzie zbierał i mroził nadmiarowe produkty wypróżnień, by w dniach kryzysu uzupełniać nimi normę. - To pozwoli mi odejść z dumą! - myślał robiąc miejsce w zamrażarce.
Zrealizowawszy swój plan tygodnia, Zenobiusz był z siebie niezwykle dumny. Ostatniego dnia, jaki mu pozostał, zastanawiał się czy lepiej jest wyskoczyć przez okno czy też rzucić się pod pociąg. Nie mogąc podjąć decyzji, wyruszył na spacer. Po drodze zachwycał się kwiatami i delikatnym wiatrem. Gdy wrócił do domu ogarnął go gwałtowny imperatyw wypróżnienia. Po wszystkim uświadomił sobie, że to była jego dawna pora. Ilość również się zgadzała - nie musiał rozmrażać kału i uzupełniać normy przed spuszczeniem wody. Był zdziwiony, ale nadal zamierzał pozostać przy swoim postanowieniu. Zmienił decyzję, gdy nadeszła pora oddania moczu - również i tym razem wszystko się zgadzało. Zenobiusz dał sobie jeszcze jeden dzień, który tylko utwierdził go w radosnym odkryciu regularności własnej fizjologii. Stwierdziwszy, że znów ma po co żyć, definitywnie zaniechał myśli samobójczych. Odtąd, pozostawione niczym relikwie, wstydliwe pakunki w zamrażarce przypominały mu o minionej melancholii.
Leżąc na szpitalnym łóżku, analizował minione tygodnie próbując przy tym dociec przyczyny swojego stanu. Przypominał sobie uporządkowane posiłki, pory wypróżnień i długie spacery na świeżym powietrzu nigdzie nie mogąc dopatrzeć się uchybienia. Wszystko robił dokładnie tak, jak zaplanował! To, co go spotkało, było wybitnie niesprawiedliwe. Jednak nie poczucie krzywdy było najbardziej dolegliwe. Tym, co martwiło Zenobiusza szczególnie, było niesłychane rozregulowanie fizjologiczne, którego doświadczył w szpitalu. Zanim tu trafił, od ponad trzydziestu lat codziennie jadał posiłki i wypróżniał się w tych samych porach. Prawda, że początki nie były łatwe, ale samodyscyplina i umiłowanie porządku sprawiły, że w końcu osiągnął swój cel. Nie tylko bowiem jadał i wydalał o tej samej porze, ale także jadał i wydalał w tych samych ilościach. Każdy dzień taki sam! Od kilkunastu lat żadnego odchylenia od wypracowanej siłą woli normy. O ile utrzymanie jakościowej i ilościowej równoważności spożywanych posiłków wydaje się względnie łatwe, to precyzyjne wytrenowanie układu trawiennego wymaga ogromnego wysiłku. Pewnie, że na początku stolce były raz większe raz mniejsze, a objętość wydalanego moczu wahała się z dnia na dzień dramatycznie. Zenobiusz nie zniechęcał się jednak. - Uporządkowane życie jest warte wszelkich poświęceń! - Tak myślał kiedyś. Obecnie znajdował się w fatalnej kondycji psychicznej. Zastanawiał się czy kiedykolwiek zdoła odzyskać utracony rytm dnia. Obawiał się czy nie jest już za stary na próbę woli.
Lekarz, który go wypisał do domu, był na tyle bezczelny, by zalecić mu dietę. Jemu, Zenobiuszowi Plewie, zalecił dietę! - To niesłychane! - oburzał się Zenobiusz, przypominając sobie wszystkie idealnie skomponowane posiłki. - Nie dość, że rozwalą człowiekowi perystaltykę jelit, to jeszcze mają czelność zalecać jakąś wymyśloną ad hoc, prowizoryczną "dietę". - Sami się nażryjcie swoimi gównianymi "dietami", wy chaotyczne świnie! Zenobiusz wychodził z założenia, że im wcześniej zdoła powrócić do dawnego, idealnego trybu życia, tym prędzej odzyska dawny wigor i chęć do życia.
O ile pory i wielkość posiłków nie stanowiły większego problemu, to długie miesiące prób przyzwyczajenia układu trawiennego do dawnego porządku okazały się daremne. Jednego dnia kilka razy oddawał stolec, potem przez kilka dni nic. - Żadnej reguły. - Zenobiusz popadał w coraz większą melancholię. Wszystko, co do tej pory wypracował, leżało w gruzach. Martwił się, że zdechnie chaotycznie i bez sensu. Z dnia na dzień napawało go to coraz większym smutkiem i przerażeniem. W końcu postanowił popełnić samobójstwo. Ale bynajmniej nie z rozpaczy. - Z chęci przeżycia własnego życia po swojemu!
Decyzja o rozstaniu się ze światem pozwoliła Zenobiuszowi przespać spokojnie pierwszą noc od dawna. Zaplanował, że jeszcze równo przez tydzien wytrwa w swoim rytmie dnia, odrobinę go jednak naginając. Z planu zachowania rytmu dnia dumny był szczególnie. Postanowił, że będzie zbierał i mroził nadmiarowe produkty wypróżnień, by w dniach kryzysu uzupełniać nimi normę. - To pozwoli mi odejść z dumą! - myślał robiąc miejsce w zamrażarce.
Zrealizowawszy swój plan tygodnia, Zenobiusz był z siebie niezwykle dumny. Ostatniego dnia, jaki mu pozostał, zastanawiał się czy lepiej jest wyskoczyć przez okno czy też rzucić się pod pociąg. Nie mogąc podjąć decyzji, wyruszył na spacer. Po drodze zachwycał się kwiatami i delikatnym wiatrem. Gdy wrócił do domu ogarnął go gwałtowny imperatyw wypróżnienia. Po wszystkim uświadomił sobie, że to była jego dawna pora. Ilość również się zgadzała - nie musiał rozmrażać kału i uzupełniać normy przed spuszczeniem wody. Był zdziwiony, ale nadal zamierzał pozostać przy swoim postanowieniu. Zmienił decyzję, gdy nadeszła pora oddania moczu - również i tym razem wszystko się zgadzało. Zenobiusz dał sobie jeszcze jeden dzień, który tylko utwierdził go w radosnym odkryciu regularności własnej fizjologii. Stwierdziwszy, że znów ma po co żyć, definitywnie zaniechał myśli samobójczych. Odtąd, pozostawione niczym relikwie, wstydliwe pakunki w zamrażarce przypominały mu o minionej melancholii.
